11 PANAS Półmaraton Ślężański

Ola, Darek i ja pojechaliśmy prawie 200 km żeby przebiec ponad 20 km w wokół góry Ślęży. Niby bez sensu, ale dla atmosfery biegu okoliczności przyrody i przypominającej rollercoaster trasy było WARTO.
Na starcie 5000 biegaczy i wszytko zorganizowane perfekcyjnie. My na spokojnie odbiór pakietów szybka kawka ciacho i udaliśmy się na start. Tam punktualnie o 11.00 dupło z armaty co oznaczało start i pobiegliśmy. Pyjter biegł w Sobótce rok temu dokładnie naświetlił mi trasę także wiedziałem, co nas czeka. Od początku założyłem, że idę ostro i co będzie to będzie. Po pierwszych dwóch górkach już wiedziałem że nogi niosą i może być szybki (jak dla mnie:)) bieg. Na 7 km zaczął się najdłuższy i najcięższy podbieg, potem już 24od 10 km miało być już ino łatwiej. I tak było, ale tylko do 17 km, dokąd trasa prowadziła raczej w dół. Na końcu miały być jeszcze tylko dwa podbiegi i meta. Od 16 km już walczyłem z narastającym zmęczeniem i jak się okazało, że ten ostatni podbieg jest jednak przedostatni to się lekko wk…. uniosłem. Jakoś jednak głową wczłapałem się na górę i potem już szybko w dół na czerwony dywan, za którym była meta. Darek przebiegł dosłownie 2 metry za mną (nic nie wiedziałem, że się czaił za mną cały bieg). Ola niedługo po nas. Z tego miejsca serdecznie dziękuję Oli i Darkowi, że mnie przygarnęliście do samochodu, poczęstowaliście kawą, Miło było Was lepiej poznać. Dzięki Wam jeszcze raz potwierdza się, że w Miechowickiej Grupie Biegowej siła – naprawdę.

Relacjonował: Łukasz Wieczorek

15 Półmaraton Marzanny

Ból stopy nie ustępował pomimo zaprzestania treningów. Do półmaratonu zostało tylko 7 dni, a ja od kilkunastu dni nie biegam. Niepewność i wahania czy próbować nie ustępują. A plany były ambitne.??
Na trzy dni przed planowanym wyjazdem „wali” nam się również transport do Krakowa, gdyż koleżanka Ania się rozchorowała. Pogoda też płata figle. Dopiero co była wiosna a teraz zapowiada się mroźna zima. Trzeba podjąć szybką decyzję, mała reorganizacja i ruszamy w czwórkę na zdobycie Krakowa. Dorotka z Rafałem biegną dystans 10km DLA MAŁYCH SERC, ja i Edzia 15 Krakowski Półmaraton Marzanny. Na miejscu mnóstwo ludzi jak to zwykle w Krakowie. Wypatrujemy ” naszych”- są: ” Filipiaki” (choć Beatka ze względu na stan zdrowia tym razem jako kibic), Krysia, Radek, „Kandory” i zaprzyjaźniony Przemek oraz znajomi z innych grup biegowych. Ciepłe słowa dodają otuchy i wiary we własne możliwości. Choć wiem, że może być ciężko i nic nie będę robiła na siłę. Mroźny wiatr zniechęca do wyjścia na zewnątrz. Odbieramy pakiety, zaliczamy toaletę i w ostatnie chwili pędzimy na start. Atmosfera pomimo minusowej temperatury jak zwykle gorąca. Jeszcze uściski, zdjęcie i ruszamy. Hirek popędził do przodu, a nasza trójka (ja , Edzia i Radek) spokojnie, równym tempem zaczynamy ten trudny dla mnie dystans. Założenie jest ambitne: dobiec poniżej dwóch godzin. Dla moich towarzyszy to raczej bieg treningowy, dla mnie bieg po życiówkę. Rok temu przebiegłam ten dystans z czasem 2.08?? i byłam szczęśliwa że się udało.
Jest zimno i momentami mocno wieje, ale biegnie nam się dobrze. Na pierwszej nawrotce wołają do nas Joasia i Piotr. My spokojnie do przodu pilnując się nawzajem żeby nikogo nie poniosło. Asia i Piotr mijają nas i tylko od czasu do czasu widzimy ich na trasie i dopingujemy się wzajemnie. Ktoś nas rozpoznaje i woła BAWO MGB?? i zaraz cieplej na sercu pomimo odczuwalnej temperatury minus 20 i lodu w kubkach zamiast wody na punktach odżywczych.
Ale to nic, my równiutko mkniemy dalej. Ból stopy delikatnie się nasila, ale nie myślę o nim, dam radę. Trzeba zająć głowę, czym innym. Trasa została troszkę zmieniona i jest małe rozczarowanie, że mijamy bokiem krakowski Rynek. Cztery kilometry przed metą musimy troszkę przyspieszyć, jeśli chcemy zrealizować plan. Radek pognał jak wiatr a my spokojnie do celu. Już słychać Zenka na mecie. Jest już blisko.
I ostatni kilometr. Głos Edzi: „Gosia biegnij, mam skurcz”.?? Chwila wahania, co robić? Edzia podbiega do ławki i rozciąga nogę. Ok. biegnę….Słyszę doping naszych pomarańczek i gnam ostatkiem sił. Udało się?? Życiówka zrobiona, jest medal i za chwilę jest kulejąca Edyta. Walczyła z bólem żeby dobiec do mety Adrenalina opada i u mnie ból stopy się nasila. Obie wracamy kulejące, ale jakie szczęśliwe.
Bardzo dziękuję Radkowi i Edzi za wspólne kilometry. Ogromnie mi pomogliście kochani??
Dziękuję za wiarę w moje możliwości wszystkim uczestnikom i całej reszcie??
1:57:08 dla mnie to spory wyczyn. Jestem mega szczęśliwa. Pomimo wiatru, pomimo mrozu i innych przeciwności losu marzenie się spełniło??

Relacjonowała Gosza

Bieg Wiosenny z metą na Stadionie Śląskim

Choć do rozpoczęcia kalendarzowej wiosny pozostało jeszcze kilka dni, to już w niedzielę biegacze z całego Śląska i nie tylko mogli przywitać tę piękną porę roku Biegiem Wiosennym w Parku Śląskim. Na linii startu gdzie zameldowało się ponad trzy tysiące zawodników, nie mogło zabraknąć reprezentantów Miechowickiej Grupy Biegowej.
Co sprawiło, że rozgrywane w Chorzowie zawody cieszyły się tak dużą frekwencją? Odpowiedź na to pytanie wydaje się banalnie prosta największym asem w rękawie organizatorów wczorajszego biegu był fakt, że meta ulokowana została na bieżni Stadionu Śląskiego.
Tak, to świadomość walki na ostatnich metrach w „Kotle Czarownic” przyciągnęła do chorzowskiego Parku tylu śmiałków chcących pokonać dziesięcio kilometrową trasę, która według wielu nie należała do najłatwiejszych.
A nie ma lepszego miejsca do inauguracji sezonu jak jedna ze świątyń polskiego sportu. Bo przecież to miejsce kojarzone przez młodszych kibiców głównie z niekończącą się przebudową pamięta najpiękniejsze momenty reprezentacyjnej i klubowej polskiej piłki nożnej. To tu Polacy przy dopingu dziewięćdziesięciu tysięcy kibiców w 1957 roku ograli ZSRR 2-1. To tu w 73 roku Polacy pod wodzą Kazimierza Górskiego pokonują siejących postrach w świecie piłkarskim Anglików po bramkach Banasia i Lubańskiego. To tu dwa lata później nasza reprezentacja zabawiła się z wicemistrzami świata Holendrami wygrywając 4-1,aż w końcu to właśnie na stadionie Śląskim w Chorzowie zapewniamy sobie historyczny awans na mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii pokonując Belgów 2-0 po bramkach Ebiego Smolarka. Od 1993 roku stadion Śląski został uznany za Stadion Narodowy.
Organizatorzy zapewnili zawodnikom świetne warunki do biegania, sobie świetną renomę a My, jako grupa zapewniliśmy sobie powody do dumy i możemy o tym mówić najgłośniej jak tylko się da. Na liście startowej wczorajszych zawodów można było wyczytać, aż czterdzieści siedem nazwisk reprezentujących pomarańczowe barwy, co pozwoliło nam zwyciężyć w konkursie dla najliczniejszej drużyny! I co tu dużo mówić tak to się robi! Bez żadnej organizacji bez umawiania się z dużym wyprzedzeniem. Przyjeżdżamy, robimy swoje, a przy okazji zgarniamy nagrody. Atmosfera w naszym obozie od początku do końca zarażała optymizmem, a przecież nie każdy przyjechał tu tylko po to żeby tę trasę zaliczyć, ale gdzie lepiej wyładować przed startowe napięcie jak wśród ludzi, którzy rozumieją Cię jak nikt inny?
Wśród Pań reprezentujących barwy Miechowickiej grupy biegowej najszybsza okazała się Sylwia Pietras z czasem 45:15,u Panów tę wewnątrzgrupową „rywalizację” wygrał Piotr Mrachacz, który dzień wcześniej zajął piąte miejsce w akademickich mistrzostwach Śląska zapewniając sobie kwalifikację na szczebel ogólnopolski. Zawody startują za dwa tygodnie, Piotrek trzymamy kciuki! Jednak największą gwiazdą wczorajszych zmagań została Barbara Szulc. Nasza reprezentantka uplasowała się na trzecim miejscu w swojej kategorii wiekowej!
Myślę, że każdy z nas wpisze Bieg Wiosenny w swój osobisty biegowy kalendarzyk, wczoraj w tak krótkim czasie mogliśmy sobie przypomnieć, że bieganie to nie tylko ciężkie treningi i ciągły rygor, ale przede wszystkim ludzie. Ludzie, dzięki którym ten w większości amatorski sport staje się coraz piękniejszy.
„Nie oczekuj żadnych korzyści z biegania, a w zamian otrzymasz więcej niż mógłbyś sobie wymarzyć”
Relacjonował: Łukasz Buze

Zimowy Janosik – Zawiany Pyzdra 22,5 km !

16.02.2018 r., piątek, godzina 12.00 podjeżdżają dziewczyny pełne humoru i pozytywnej energii. Pakujemy się i jedziemy po kolejną uczestniczkę. Jest nas czwórka: ja, Dorotka i dwie Anie. Przed nami sporo kilometrów, a wiadomo, że na trasie spory ruch. Pełne optymizmu ruszamy.
Do Niedzicy dojeżdżamy z zapasem czasu i podążamy odebrać pakiety startowe. Wszystkie uśmiechnięte i zadowolone, tylko ja jakaś taka niepewna.
O wyjeździe na Janosika dowiedziałam się trzy dni przed wyjazdem. Kolega Rafał miał biec 10km, ale się rozchorował. Dostaję propozycję nie do odrzucenia. Szkoda aby pakiet na taki bieg się „zmarnował”, więc w ekspresowym tempie załatwiam urlop, kompletuje sprzęt i jestem gotowa, chociaż to nie znaczy że przygotowana. Nawet nie czytałam wcześniej co to za „biegowa impreza”.
Nie jesteśmy pewne czy uda nam się odebrać pakiet 😉 ale próbujemy.
Okazuje się, że nie ma problemu! Jest pakiet, wiec razem z Dorotką próbujemy oczarować organizatorów i przepisać bieg na dystans, który biegnie reszta MGB czyli 20 km+ (żebym nie czuła się samotnie). No i udaje się nie tylko zmienić dystans, ale również przepisać pakiet „z chłopczyka na dziewczynkę” i biegnę jako ja 🙂 Wszyscy są bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Miałyśmy ochotę uściskać organizatora, ale skończyło się na ściskaniu siebie i okrzykach radości.
Potem zakwaterowanie, spotkania z biegaczami z różnych grup w pensjonacie, integracja i przygotowanie ekwipunku do porannego biegu.
Poranek przywitał nas chmurkami i oczywiście śniegiem. Szybka kawa, śniadanie i ruszamy do autobusów, które wywożą nas w góry i… wychodzi piękne słoneczko 🙂 Pomarańczowa ekipa w komplecie. Tutaj już czuć atmosferę biegową, wszyscy uśmiechnięci, pełni optymizmu z cudownymi humorami i naładowanymi aparatami, bo te piękne widoki trzeba przecież uwiecznić. Grupka MGB-owców stoi razem. Jeszcze wspólne zdjęcie przed startem no i ruszamy. Biegacze chcący być w czołówce na mecie puszczają się przodem. Najpierw zbieg, przejście przez mostek i długa wspinaczka pod górę. Idziemy gęsiego krok za krokiem po śladach poprzedników, a i tak zapadamy się w śniegu. Cieszę się, że koleżanka Ania użyczyła mi kijków, ja nie zabrałam, bo po co? na 10km 😉 okazują się być bardzo pomocne. Wszyscy w cudownych nastrojach, raz za razem ktoś rzuca jakimś dowcipem. Po drodze na drzewach przybite wskazówki, co nas czeka za chwile. Zrobiło się ciepło, słonko cudownie grzeje, a ja maszeruję i myślę co mnie tu dzisiaj jeszcze spotka. Trasa super oznaczona. Wspinamy się na polanę, gdzie czeka nas cudowna nagroda. Piękne widoki naszych gór. Tu już się nie spieszymy. Aparaty idą w ruch, niektórzy się rozbierają, bo po wspinaczce zrobiło się gorąco. Rozmowy, żarty i w dalszą drogę. Trochę łagodniejsza trasa, można chwilkę pobiec, docieram do drogi. Teraz już kijki pod pachy i biegusiem. Beatka z Hirkiem zniknęli, Ania też pognała do przodu, w zasięgu wzroku mam Darka i Olę. Dorotka z Anią są zaraz za mną. Biegnę na pierwszy punkt odżywczy i jestem pełna podziwu. Napoje, owoce, herbatka z prądem lub bez, drożdżówki, co kto woli. Można wybierać. Chwila odpoczynku, oczywiście fotka i w drogę. Potem już trasa raz górki, raz pod górkę, przez lasy i pola, po koleinach które zostały po wycince drzew, a przykrył je śnieg i mróz. Osoby biegnące przede mną robią dziwne wygibasy, żeby utrzymać równowagę. Jest ślisko i trochę niebezpiecznie. Trzeba bardzo uważać, bo co rusz to ktoś leży. Tu kijki okazały się cudownym pomocnikiem, nie raz uratowały mnie przed upadkiem. Szkoda mi tylko tych pięknych widoków, bo muszę potrzeć pod nogi. Sama do siebie się śmieję, cudowne uczucie mnie nie opuszcza, nie wiem dlaczego „gęba” sama się śmieje. Jest bosko.
Na trasie drugi punkt odżywczy, gdzie trzeba się „odmeldować”. Wbiegamy do remizy gdzie gra góralska kapela, stoły oczywiście zastawione, gorąca przepyszna zupka, ciastka, rodzynki, miód, zimne i gorące napoje. Góralska gościnność. I znowu chwila wytchnienia i w drogę.
Pomimo wzniesień nie czuję zmęczenia, to niesamowite uczucie zmierzyć się sama z sobą wśród pięknej górskiej przyrody, przy cudownej pogodzie. Ależ tam pięknie. Biegnę i poznaję fajnych, pozytywnie zakręconych ludzi, wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, sama radość.
Rozglądam się, kiedy tylko mogę i czerpię przyjemność z tych fantastycznych chwil. I znowu gorąca herbatka po drodze, tym razem już samoobsługa. Łyczek żeby się nawodnić i złapać oddech (jakoś nie miałam potrzeby korzystania z własnego bidonu, który był gdzieś w plecaku). I znowu do przodu. Cudownie, równym tempem, bez spinki, oby do mety.
Po drodze mijam „Matuciów”, zbieg i znowu pod górę. Kijki raz w dole, raz pod pachami. Jeszcze tylko kilka kilometrów i cel osiągnięty. Ależ fantastycznie mi się biegnie. Po prostu bosko.
Ostatni podbieg dosyć długi, potem już z górki, jeszcze chodnikiem, widać zamek i w końcu zapora. Słonko wysoko, już widać cel. Na deser schody. Nie kończące się stopnie, ostatnia prosta i meta na hali maszyn. Jestem. Udało się! Jest medal. Jest Ania, uściski, gratulacje, reszta pomarańczek i czekamy na kolejne. Potem już tylko zabawa, zabawa… Cudowne chwile z cudownymi ludźmi. Polecam z całego serca i całym sercem dziękuję, że udało mi się „fuksem” wziąć udział w tym fantastycznym biegu.

 

Relacja: Małgorzata Nykiel

Zdjęcia: MGB, Piotr Dymus, Dębickie Gepardy, Wiktor Bubniak, Walusza Fotografia

1 2 3 4 41