Zimowy Janosik – Zawiany Pyzdra 22,5 km !

16.02.2018 r., piątek, godzina 12.00 podjeżdżają dziewczyny pełne humoru i pozytywnej energii. Pakujemy się i jedziemy po kolejną uczestniczkę. Jest nas czwórka: ja, Dorotka i dwie Anie. Przed nami sporo kilometrów, a wiadomo, że na trasie spory ruch. Pełne optymizmu ruszamy.
Do Niedzicy dojeżdżamy z zapasem czasu i podążamy odebrać pakiety startowe. Wszystkie uśmiechnięte i zadowolone, tylko ja jakaś taka niepewna.
O wyjeździe na Janosika dowiedziałam się trzy dni przed wyjazdem. Kolega Rafał miał biec 10km, ale się rozchorował. Dostaję propozycję nie do odrzucenia. Szkoda aby pakiet na taki bieg się „zmarnował”, więc w ekspresowym tempie załatwiam urlop, kompletuje sprzęt i jestem gotowa, chociaż to nie znaczy że przygotowana. Nawet nie czytałam wcześniej co to za „biegowa impreza”.
Nie jesteśmy pewne czy uda nam się odebrać pakiet 😉 ale próbujemy.
Okazuje się, że nie ma problemu! Jest pakiet, wiec razem z Dorotką próbujemy oczarować organizatorów i przepisać bieg na dystans, który biegnie reszta MGB czyli 20 km+ (żebym nie czuła się samotnie). No i udaje się nie tylko zmienić dystans, ale również przepisać pakiet „z chłopczyka na dziewczynkę” i biegnę jako ja 🙂 Wszyscy są bardzo mili i przyjaźnie nastawieni. Miałyśmy ochotę uściskać organizatora, ale skończyło się na ściskaniu siebie i okrzykach radości.
Potem zakwaterowanie, spotkania z biegaczami z różnych grup w pensjonacie, integracja i przygotowanie ekwipunku do porannego biegu.
Poranek przywitał nas chmurkami i oczywiście śniegiem. Szybka kawa, śniadanie i ruszamy do autobusów, które wywożą nas w góry i… wychodzi piękne słoneczko 🙂 Pomarańczowa ekipa w komplecie. Tutaj już czuć atmosferę biegową, wszyscy uśmiechnięci, pełni optymizmu z cudownymi humorami i naładowanymi aparatami, bo te piękne widoki trzeba przecież uwiecznić. Grupka MGB-owców stoi razem. Jeszcze wspólne zdjęcie przed startem no i ruszamy. Biegacze chcący być w czołówce na mecie puszczają się przodem. Najpierw zbieg, przejście przez mostek i długa wspinaczka pod górę. Idziemy gęsiego krok za krokiem po śladach poprzedników, a i tak zapadamy się w śniegu. Cieszę się, że koleżanka Ania użyczyła mi kijków, ja nie zabrałam, bo po co? na 10km 😉 okazują się być bardzo pomocne. Wszyscy w cudownych nastrojach, raz za razem ktoś rzuca jakimś dowcipem. Po drodze na drzewach przybite wskazówki, co nas czeka za chwile. Zrobiło się ciepło, słonko cudownie grzeje, a ja maszeruję i myślę co mnie tu dzisiaj jeszcze spotka. Trasa super oznaczona. Wspinamy się na polanę, gdzie czeka nas cudowna nagroda. Piękne widoki naszych gór. Tu już się nie spieszymy. Aparaty idą w ruch, niektórzy się rozbierają, bo po wspinaczce zrobiło się gorąco. Rozmowy, żarty i w dalszą drogę. Trochę łagodniejsza trasa, można chwilkę pobiec, docieram do drogi. Teraz już kijki pod pachy i biegusiem. Beatka z Hirkiem zniknęli, Ania też pognała do przodu, w zasięgu wzroku mam Darka i Olę. Dorotka z Anią są zaraz za mną. Biegnę na pierwszy punkt odżywczy i jestem pełna podziwu. Napoje, owoce, herbatka z prądem lub bez, drożdżówki, co kto woli. Można wybierać. Chwila odpoczynku, oczywiście fotka i w drogę. Potem już trasa raz górki, raz pod górkę, przez lasy i pola, po koleinach które zostały po wycince drzew, a przykrył je śnieg i mróz. Osoby biegnące przede mną robią dziwne wygibasy, żeby utrzymać równowagę. Jest ślisko i trochę niebezpiecznie. Trzeba bardzo uważać, bo co rusz to ktoś leży. Tu kijki okazały się cudownym pomocnikiem, nie raz uratowały mnie przed upadkiem. Szkoda mi tylko tych pięknych widoków, bo muszę potrzeć pod nogi. Sama do siebie się śmieję, cudowne uczucie mnie nie opuszcza, nie wiem dlaczego „gęba” sama się śmieje. Jest bosko.
Na trasie drugi punkt odżywczy, gdzie trzeba się „odmeldować”. Wbiegamy do remizy gdzie gra góralska kapela, stoły oczywiście zastawione, gorąca przepyszna zupka, ciastka, rodzynki, miód, zimne i gorące napoje. Góralska gościnność. I znowu chwila wytchnienia i w drogę.
Pomimo wzniesień nie czuję zmęczenia, to niesamowite uczucie zmierzyć się sama z sobą wśród pięknej górskiej przyrody, przy cudownej pogodzie. Ależ tam pięknie. Biegnę i poznaję fajnych, pozytywnie zakręconych ludzi, wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, sama radość.
Rozglądam się, kiedy tylko mogę i czerpię przyjemność z tych fantastycznych chwil. I znowu gorąca herbatka po drodze, tym razem już samoobsługa. Łyczek żeby się nawodnić i złapać oddech (jakoś nie miałam potrzeby korzystania z własnego bidonu, który był gdzieś w plecaku). I znowu do przodu. Cudownie, równym tempem, bez spinki, oby do mety.
Po drodze mijam „Matuciów”, zbieg i znowu pod górę. Kijki raz w dole, raz pod pachami. Jeszcze tylko kilka kilometrów i cel osiągnięty. Ależ fantastycznie mi się biegnie. Po prostu bosko.
Ostatni podbieg dosyć długi, potem już z górki, jeszcze chodnikiem, widać zamek i w końcu zapora. Słonko wysoko, już widać cel. Na deser schody. Nie kończące się stopnie, ostatnia prosta i meta na hali maszyn. Jestem. Udało się! Jest medal. Jest Ania, uściski, gratulacje, reszta pomarańczek i czekamy na kolejne. Potem już tylko zabawa, zabawa… Cudowne chwile z cudownymi ludźmi. Polecam z całego serca i całym sercem dziękuję, że udało mi się „fuksem” wziąć udział w tym fantastycznym biegu.

 

Relacja: Małgorzata Nykiel

Zdjęcia: MGB, Piotr Dymus, Dębickie Gepardy, Wiktor Bubniak, Walusza Fotografia