Zadyma 2018

Zadyma 2018, czyli opowieść o tym jak słowa „nigdy w życiu” zamienić na miechowickie „niemożliwe nie istnieje”.
A bo to raz mówiłam, że się do czegoś nie nadaję, że to nie dla mnie i że to będzie rzeź. Nie inaczej było 27 stycznia na parę chwil przed startem górskiego biegu pod nazwą Zamieć. Czym się różni Zamieć od Zadymy? To drugie to jedna pętla długości 14 km na samo Skrzyczne, a to pierwsze to wiele takich pętli…
Oprócz mnie z MGB pobiegły jeszcze 3 świruski: Ania, Dagmara i Iza, tak więc wiedziałam, że „zabawa” będzie udana.
3..2..1..START! Biegniemy (jeszcze). Na dole słońce i zero śniegu. 300 metrów dalej zaczyna się pierwszy podbieg. No to kijki w ręce i heja. Pierwszy raz z nimi idę, więc wygląda to dość niezdarnie. Gdzieś na 3 km pojawia się upragniona biel. I chyba już łapię rytm. Podejścia, bo to już nie można nazwać podbiegami, coraz bardziej strome i momentami oblodzone. Pomagają sobie wszyscy – ku uciesze panów, gdy trzeba co którąś podsadzić czy przytrzymać by nie spadła. I tu już kijki uratowały moją pupę – dosłownie. Przemieszczałam się dosyć szybko, nic więc dziwnego, że już w okolicach 5-6 km wspinaczki poczułam ból ud i pośladków. Na chwilę przystaję i kurcze! przede mną roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków: kawał Beskidu Śląskiego. Biorę oddech i z uśmiechniętą morduchną lecę dalej. Tam gdzie teren jest bardziej płaski przechodzę w trucht, no bo w końcu to bieg, więc pobiegać trzeba. Dochodzę do Schroniska gdzie zawracam i lecę ostro w dół. A tu już bywa różnie… Trzeba bardzo uważać, bo pod śniegiem czysty lód. Kijki na razie się nie przydadzą, całą energię wkładam w hamowanie, bo teren tak mocno spada. Mijam nasze trzy HARDKORKI wspinające się do schroniska. Porozbierane ale uchachane. Dobiegam do 9 km i zrównuję się z Hanią z BTM, która mi towarzyszy aż do mety. Co rusz słyszymy, że ktoś upadł, ktoś się poobijał. Na 10 km do niemal 11-go w większości zjeżdżamy na pupie, śmiejąc się, że w pakiecie powinny być dupoloty. Do 12 km jeszcze jeden bardzo stromy zbieg, a potem, aż do mety mogę już po prostu biec. Dla Hani była to już trzecia Zadyma, ale tym razem zrobiła swój rekord trasy, więc się cieszę ogromnie, bo to znaczy, że jak na debiut w górskim bieganiu poszło mi całkiem dobrze. Chwilę czekam jeszcze kolejno na Dagę, Anię i Izę i następuje sesja zdjęciową. Dla nich, a zwłaszcza dla tej ostatniej, która też była świeżynką to była niezła frajda. Myślę sobie, że jak ktoś kocha góry tak jak ja, to takie wyzwanie przeradza się w piękną przygodę i okazuje się prostsze niż myślicie. Nie znaczy to wszakże, że mnie to nie kosztowało sporo wysiłku. Regenerując się po zawodach rozmawiałyśmy z tymi, którzy szykowali się do kolejnej pętli Zamieci i myślałam sobie, że nawet jak by mi zapłacili nie pobiegłabym kolejnego okrążenia… Ale to nie raz mówiłam, że czegoś nie zrobię…? – tak Zadymę podsumowała Edzia.

Swoimi wrażeniami podzieliła się również Izabela Zarańska:
Pierwszy bieg górski za mną, niesamowite uczucia radości na mecie. Warto podążać za swoimi marzeniami, ten bieg to właśnie jedno z nich. Duży wpływ na realizację tego celu miało rozpoczęcie przygody biegowej z MGB, to tutaj spotkałam pozytywnie zakręconych ludzi, którzy zarażają swoją pasją, dodają power’a i zawsze wierzą w to, że wszystko jest możliwe. Dziewczyny, bez was pewnie nie miałabym odwagi wystartować. Wydawało mi się, że jest to poza moim zasięgiem, a jednak udało się, jestem mega szczęśliwa, choć łatwo nie było. Podczas biegu towarzyszyły mi rożne stany emocji od śmiechu podczas zjeżdżania na pupie, po ogromne zmęczenie. Zaliczyłam również niezłą glebę, dziękuję Ani Frankowskiej za pozbieranie mnie z trasy, cieszę się, że dotarłam w jednym kawałku. Warto jeszcze wspomnieć o pięknych okolicznościach przyrody. „Życie można przetrwać, przygodę trzeba przeżyć” – tak właśnie było.