IV Zimowa Bieszczadzka Dycha!

Bieganie zimą jest extra!
Wspólny wyjazd z bratem i rodziną w Bieszczady. Stachu planuje zaliczyć swój kolejny maraton, a ja chcę po prostu odpocząć. W ostatnim czasie mniej trenuję, mniej biegam, więc początkowe plany były takie, że ja nie biegnę. Nie powiem – myśl o zrobieniu „dyszki” nie dawała mi spokoju. Nigdy nic nie wiadomo. W głowie wątpliwości i poczucie braku formy. Zabieram buty i odzież do biegania. Zawsze przecież mogę zmienić zdanie – świeże, górskie powietrze zawsze dobrze na mnie wpływa. A może po prostu sobie „pobiegam”  🙂
Okazało się również, że przyjeżdża kilka osób z Naszej grupy na bieg. Oprócz uczucia braku formy pojawia się, hmmm – zazdrość? Dokładnie tak! Zaczynam zazdrościć im startu, no i ten piękny medal…

Nadchodzi sobota. To dzień kiedy trzeba odebrać pakiety startowe. Przyjeżdżają Krysia, Beatka, Hirek i Przemek. Uśmiechnięci, pełni energii – gotowi do działania! Nieustająca atmosfera żartu i śmiechu powoduje, że czuje się nieswojo, że nie biegnę. Zaczynam rozmawiać z dziewczynami o wątpliwościach… wszyscy mówią zgodnym głosem. BIEGNIESZ! To już ostatnie chwile, żeby podjąć decyzję. Trzeba przecież jechać odebrać pakiety. Krysia i Beata maja dar przekonywania, w końcu to tylko 10 km. Mniej więcej dwie godziny później wracają z pakietami. Mam i ja  🙂

Niedziela. Jesteśmy jakieś 70 km od punktu startowego. Budzik brzęczy, jest już 4:00. Czas na przygodę. Adrenalina powoduje, że czuję się całkiem wyspana. Wszyscy na nogach. Hirek ogarnia śniadanie, Beatka parzy pyszną kawcie. Podział obowiązków i zgranie w czasie – jak dobrze naoliwiona maszyna. Przy tym panuje rodzinna atmosfera. Ten dzień dobrze się zaczyna!
Zwarci i gotowi, w pełnym rynsztunku. Zostaje tylko włożyć nasze pomarańczowe koszulki i w drogę. Docieramy na miejsce. Cisna przywitała nas temperaturą około 0 stopni. Mamy jeszcze godzinę do startu. Rozglądamy się. Jest cicho i spokojnie. Mamy fajną pogodę. Zapowiada się słoneczny, może mroźny dzień. Jesteśmy podekscytowani i nie możemy już doczekać się siódmej dwadzieścia. To nasza godzina zero! Start biegu.

POOSZLII!! Biegniemy.
Przez krótki odcinek biegłyśmy razem. Wiem, że nie mogę zacząć za szybko bo przy moim przygotowaniu szybko wysiądę. A tego nie chcemy  🙂 Beatka pognała jak strzała, za nią Krysia i potem potem ja  😀 Spoglądam na zegarek. Tempo 5:54 – hm… trochę za szybko. Przypominam sobie moje ostatnie treningi i moje treningowe tempo. Długo trzymam się za Krysią, ale muszę trochę zwolnić, uspokajam trochę bieg, wyrównuję oddech. Jest fantastycznie – czuję po dłuższej chwili że to moje tempo. Biegnę spokojnie, rozglądając się wokoło. Jest pięknie. Krysia pomału się oddala. Zbliżamy się do odcinka gdzie trasa na 10 km oddziela się od trasy maratonu. W tym momencie mija mnie Stachu i chcąc dodać mi otuchy krzyczy – „ Nieźle Ci idzie siostra!” i pognał dalej.
Odbijamy, a maratończycy biegną dalej. Piękna trasa, wokół drzewa, śnieg skrzypi pod butami, ach jak przyjemnie! Górskie powietrze wypełnia moje płuca. Wdech, wydech – spokojnie, ciesz się chwilą Ewka. Jak dobrze, że tu jestem! Mijam nawet innych uczestników  🙂 Chwilo trwaj!
To górski bieg, więc zaczynają się podbiegi, potem w dół. Na kolejnych podbiegach czuję, że lekko tracę siły. Trochę zwalniam. Słowa przypadkowego innego uczestnika o zbliżającym się punkcie z czekoladką i grzanym piwku dodają mi skrzydeł. Dwa szybkie łyczki i jazda dalej. Mordka mi się cieszy, bo widzę Beatkę. Biegnie już z powrotem po nawrotce. Chwilkę później mija mnie Krysia – ona również już po nawrotce. Przyszła kolej na mnie – no to teraz będzie już „z górki”  🙂
Przez chwilę przeszła mi myśl że dogonię Krysię, tyle mam sił  😀
Zaczyna się ósmy kilometr. Przede mną duuuża górka, męczący podbieg, ale staram się nie zatrzymywać. Zwalniam, muszę. Szybko zaczynam odczuwać trudy wzniesienia. Niektórzy już idą. Ja jeszcze chwilę truchtam, chcę dać z siebie jeszcze trochę. Niestety – pokonana tym trudnym odcinkiem nie mam wyjścia i przechodzą do marszu. Idę – ale nie opuszcza mnie dobry nastrój. Jestem na górze, szczycie. Został jeszcze odcinek trasy biegnący po torach kolejki wąskotorowej, nogi mi się plączą ,w myślach „zaraz koniec, nie zatrzymuj się”. Odcinek na torach chyba najtrudniejszy!
Z każda chwilą jakbym nabierała sił, czuje że jestem już blisko – adrenalina mnie niesie!
Widzę ją – META. JESTEM SZCZĘSLIWA – lubię to uczucie, kiedy mijam ten symbol końca kolejnego biegu. Nie potrafię opisać jak dobrze się czuję. Kolejny już raz czuję, że było warto.
Nie ważny jest czas, nie ważne wyniki. Atmosfera i poczucie, że robię coś dla siebie dają mi ogromna satysfakcję.
Wkładam medal – piękny. Czas 1:09 – nie jest źle – nawet się cieszę.
Zauważają mnie dziewczyny, czekają – dodatkowa dawka szczęścia! Buziaki, uściski i pamiątkowe zdjęcie z medalem.

Dziękuję Krysiu i Beatko za wsparcie. Mój udział w tym starcie to w dużej mierze Wasza zasługa. Wracamy szczęśliwe w super nastroju. Nikt nie czuje zmęczenia – przeżywamy każdy metr  🙂 Było warto. Co więcej! Ponieważ Bieszczady są mi bardzo bliskie – myślę, że za rok o tej samej porze Bieszczadzka Dycha to na pewno. A może maraton…

Relacja: Ewa Owocka

28