Triathlon Opole

W dniu 24.06.2018 r. odbyła się 1-wsza impreza Triathlonowa w Opolu. Zawodnicy startowali na 2 dystansach 1/8 i ¼ Ironmana. Na dystansie ¼ IM, czyli 0,95 km pływania, 45 km jazdy na rowerze oraz 10,55 km biegu, wystartowali w tym dniu Przemysław Rubiński oraz debiutujący w zawodach tego typu Piotr Maryniak. Jak wyglądał start zrelacjonuje Piotr Maryniak.

Od początku: po obejrzeniu filmu „Najlepszy”- biograficzny film opisujący losy Jerzego Górskiego, który zdobył tytuł Mistrza na dystansie podwójnego Ironmana, pojawiła się u mnie myśl żeby spróbować wystartować w tego typu zawodach. Szybko jednak rozsądek podpowiedział: „gdzie ty z twoim pływaniem będziesz się pchał na głęboką wodę”, „nie masz odpowiedniego roweru”, „odpuść sobie”, ale po zgadaniu się przypadkowo z Rubinem, który przekonał mnie „Pyjter spokojnie – pływanie możesz zrobić żabką, rower ten, który masz spokojnie wystarczy, biegać – biegasz” postanowiłem zapisać się i wystartować. Na całe szczęście Rubin brał już udział kilka razy w tego typu zawodach, ma spore doświadczenie, świetnie pływa świetnie, jeździ na rowerze – wszystko mi opowiedział jak będzie to wyglądać, „sprzedał mi sporo knifów – jeśli chodzi o jazdę na rowerze, wykonaliśmy wspólnie kilka treningów tzw. zakładek, w końcu załatwił mi piankę na start w zawodach. Lepszego kompana na debiut w triathlonie nie mogłem sobie wymarzyć. Za to Rubin w tym miejscu ogromne dzięki  🙂
Dzień startu: dotarliśmy do Opola odpowiednio wcześniej żeby odebrać pakiety startowe zostawić odzież, buty, rower w strefie zmian – wreszcie zobaczyłem jak taka strefa zmian wygląda – i pojawiło się zwątpienie. Większość rowerów była już wstawiona do strefy zmian i większość z nich to były profesjonalne rowery z cienkimi oponami, lekkie, z lekkich stopów – typowo szosowe. Podłamany tym widokiem w nadziei zacząłem rozglądać się i szukać wzrokiem rowerów podobnych do mojego (typowo turystyczny rower, trekingowy) – na 500 uczestników naliczyłem może z 5-10 górali i podobnych tego typu jednośladów i pomyślałem zajefajnie – zagadałem do Rubina, a on do mnie ze stoickim spokojem „Pyjter spokojnie”. Zaczynamy ubierać pianki, idziemy na odprawę techniczną i wreszcie przechodzimy na miejsce startu w pierwszej konkurencji – pływanie. Tłum zawodników kotłuje się na brzegu w kolejce prowadzącej w dół do Odry – mój stres i zdenerwowanie sięga zenitu do tego stopnia, że mówię do Rubina „chyba się wycofam, żeby się nie utopić w tym młynie”, na co Rubin zadecydował, że schodzimy z brzegu powoli w dół, wchodzimy do wody i „ustawiamy” się z tyłu stawki. Wreszcie startujemy, zgodnie z zaleceniami Rubina płynę spokojnie swoim tempem pamiętając, że są jeszcze dwie konkurencje. Mamy opłynąć 4 boje rozciągnięte na wodzie w kształcie prostokąta. Płynę żabką, ku mojemu miłemu zaskoczeniu nie jestem sam –sporo osób pokonuje dystans podobnie jak ja, część osób stylem grzbietowym i zdecydowana większość kraulem. W wodzie totalny „młyn” – wszyscy przy omijanu boji starają się to robić najbliżej ich jak to możliwe – co powoduje, że co chwilę czuję czyjąś nogę na swojej twarzy lub innych okolicach. Sam też, co chwila kogoś trącam płynąc. Co chwilę myślę, kiedy to się w końcu skończy? Wreszcie zaliczam 2 pętle i docieram do brzegu – patrzę do tyłu i myślę nie jest źle nie jestem ostatni sporo osób jest jeszcze za mną w wodzie. Po wyjściu z wody znane mi już uczucie zawrotów głowy – tak organizm reaguje po wyjściu z wody po wysiłku i próbie biegu. Biegnę około 300-400 metrów do strefy zmian i w drodze ściągam piankę. Wokół tłum kibiców po obu stronach ścieżki dopinguje nas. W strefie zmian szybko wycieram stopy, wkładam kask rowerowy, buty biegowe, ściągam rower z uchwytu (dopiero w kasku mogę dotknąć roweru) i zaczynam biec z rowerem obok. Ktoś krzyczy „numer startowy, numer startowy”. Wracam po pas z numerem i kontynuuje bieg. Biegnę kolejne 300-400 metrów do linii gdzie stoi sędzina – od tego momentu można wsiąść na rower. Zaczynam mocno jechać. Stres mija już zupełnie – myślę „najgorsze mam za sobą”. Do przejechania mamy 2 pętle po 22,5 km. Mocno cisnę do tego stopnia, że wyprzedzam sporo osób na znacznie lepszych rowerach. Pierwsza pętla do nawrotki jest z wiatrem – jedzie mi się rewelacyjnie. Po drodze mijam Rubina, który jest daleko przede mną. Gęba mi się cieszy jak słyszę Rubina :” Dobrze Pyjter dajesz, dajesz”. Wreszcie nawrotka i jedziemy z powrotem – tym razem pod wiatr – jest naprawdę ciężko. Tym razem mnie mija sporo osób. Teraz dopiero widać różnicę w sprzęcie. Ja na swoim rowerze mam pozycję pionową, pod wiatr walczę bardziej. Ci na szosowych z barankami, czy lemondkami mają zupełnie inną pozycję, znacznie bardziej aerodynamiczną i łatwiej i szybciej im się jedzie pod wiatr. Niewiele pomaga próba jechania z łokciami opartymi na kierownicy. Patrzę na zegarek – zaczyna mi się dłużyć – a to dopiero 30 km. W końcu zostaje mi końcówka 2 petli pod wiatr. Pogoda nie rozpuszcza tego dnia. Na końcówce myślę: „ku..a dramat” w momencie gdy walczę żeby mnie nie zwiało z roweru i ledwo co pedałuje zaczyna jeszcze lać jak z cebra. Wreszcie docieram. Myślę sobie „jest dobrze, mam jeszcze sporo siły”. Wciągam trzeci żel żeby mocno pobiec i nadgonić. Schodzę z roweru i muszę znów 300-400 metrów biec z rowerem do strefy zmian. Jestem w ciężkim szoku, ponieważ pierwsze kroki przychodzą mi z wielkim trudem – nogi twarde, skostniałe i ciężkie. Mięśnie czworogłowe twarde jak kamień. Później Rubin mówi mi po wszystkim, że najwidoczniej jechałem zbyt siłowo, a za mało kadencją. Biegnę, patrzę na zegarek średnie tempo 5:30 myślę „dramat”, ale nogi mam tak sztywne, że nie daję rady więcej. Dopiero po pięciu km nogi zachowują się normalnie, tak jak zawsze w trakcie treningów. Myślę teraz przyspieszę, ale nic z tego nie udaje się, ponieważ czuję już coraz większe zmęczenie – nie ma już z czego przyspieszyć. Patrzę na wskazanie tętna – jest bardzo wysokie. Myślę sobie „nie dam rady”, ale biegnę dalej, ponieważ wiem, że nie mogę polec na bieganiu. Wreszcie docieram do mety. Nie jestem ostatni, za mną jeszcze sporo zawodników. Rubin w tym dniu wykręca życiówkę na tym dystansie, a ja jak na debiut przyzwoity wynik i kończę grubo poniżej limitu czasu. Wracam do domu, a tam miła niespodzianka – serdeczne powitanie przez Żonkę i Córkę, które z dumą witają swojego Triathlonistę. Dziękuję  :-).
Jedno jest pewna, trzeba realizować swoje marzenia, wierzyć w nie, nie przekreślać swoich szans na początku i nie bać się podejmować ryzyka. Super przygoda – gdybym poprawił technikę kraula i płynął kraulem, zrobił więcej terningów rowerowych i miałbym lepszy sprzęt to mógłbym sporo urwać na wyniku.

Relacjonował: Pyjter Maryniak.

II Bieg Harpagana – Ekstremalna Dolina! 

17 czerwca odbyła się II edycja ekstremalnego Biegu Harpagana w Bytomiu. Do pokonania było 11 km i +30 przeszkód.

Tego dnia chyba mało komu zależało na rywalizacji. Tutaj przede wszystkim liczyła się dobra zabawa! Bo często tak po prostu przychodzi człowiekowi ochota na coś nienormalnego, niecodziennego i szalonego!

Słońce, woda, piasek… Czego chcieć więcej?
Naturalne SPA… Peelingi glonowe, kąpiele w zbiornikach bagiennych i super nowa niespodzianka – zjeżdżalnia wodna wprost do błotka!
Nie zabrakło również ścian, drutu kolczastego, czołgania, wspinania, zjeżdżania na tyłku oraz podbiegów i zbiegów. To wszystko w otoczeniu pięknych terenów Sportowej Doliny.

Co lubię najbardziej w tego typu biegach? To przede wszystkim powrót do dzieciństwa i beztroski. Kolejnym aspektem jest wzajemna współpraca. Stanowimy jeden team. Jeden pomoże tutaj, a drugi gdzieś indziej. Tu podłoży ręce, tam użyczy ramienia, podsadzi, wciągnie czy wspomoże swoją siłą. Każdy da radę i nikogo nie zostawimy.
Nasi kibice również nie zawiedli. Doping, woda, kostki lodu – oj, przydały się!  🙂

Podsumowując – dużo śmiechu, frajdy, ale i trudniejsze momenty, pokonywanie słabości, troszkę obtarć, bólu i siniaków. Kolejna przygoda za nami. Dzięki niej jesteśmy jeszcze silniejsi! Jesteśmy HARPAGANAMI!

Relacja: Kamila Gadawska
Zdjęcia: Magdalena Burek

6. PKO Nocny Wrocław Półmaraton!

Pierwszy PÓŁMARATON Gosi, Jagody, Korneli i Aguli. 18 tygodni ciężkich (jak dla nas) przygotowań, planów i można powiedzieć setki kilometrów w nogach – tak się zaczynała przygoda z przygotowaniami do naszego pierwszego półmaratonu. Czasami było ciężko, ale jak nie my to, kto da radę 🙂 Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Do Wrocławia wyjechaliśmy o godzinie 17, ale ja od rana już chodziłam nakręcona bo chciałam już biec 😉 Gdy już dotarliśmy, odebraliśmy pakiety – potem krótki relaks na ławeczce i ostatnie luźne rozmowy. Godzina 21 powinnyśmy się chyba zacząć już stresować, a tu nic – zero stresu – dziwne. Może, dlatego że pracowałyśmy ciężko 18 tygodni i chyba byłyśmy gotowe. Ostatnie rady… kopniaki i… idziemy na start. Ustawiamy się w strefie czasowej 2.30 – 3.00 – taki był plan. Pierwsi zawodnicy wystartowali – a my dalej w miejscu. W pewnym momencie słyszę krzyk… „Co ja tu Q… robię” 😉 – w ten oto sposób Kornela postanowiła nas zmotywować i chyba rozweselić – udało się jej – dzięki Kornelia. No i w końcu nadeszła ta chwila – ruszamy. Plan był, że biegniemy 5 km a potem na luzie bez spiny metoda Gallowaya. Po 5 km Jagoda i Agula gdzieś nam się zapodziały na trasie. Ja z Kornelia biegniemy dalej i dalej… i dalej… po 10 km mówię Korneli – dycha za nami, że już tylko z górki. Dogania nas Agula, potem Kornelia nam się gubi. Ot i nasz plan, że biegniemy razem. Na 16 km dogania mnie Justyna, Agnieszka i Wojtek – Justyna krzyczy „Gosia jeszcze 6 km dasz radę” – a ja sobie myślę no pewnie, że dam radę. Teraz już się nie poddam, nawet nie jestem aż tak zmęczona. Kibice na trasie wspaniali, aż się skrzydeł dostawało, gdy wołali „jeszcze trochę dasz radę”. No i w końcu tabliczka z napisem 20 km – trochę przyspieszam wbiegam na stadion nagle i mija mnie z zawrotną prędkością Agula – myślę sobie WOW 🙂 MEGA 🙂 i to jest ta, co ciągle nam marudziła, ze nie biegnę, nie dam rady, ale na szczęście dała się namówić i to parę chwil przed samym biegiem. Ja postanowiłam się delektować wbiegnięciem na metę – bo to dla mnie ważna chwila MÓJ PIERWSZY PÓŁMARATON. Wbiegam na metę – czuje niedosyt, bo wiem, że jeszcze dałabym radę jakieś 5 może 7 km. Ale jak koniec to koniec 😉 Tradycyjny selfik na mecie i czekam na moje dziewczyny, żeby im pogratulować. Plan był zmieścić się w 3 godzinach – u mnie wyszło 2.37 bez spiny i na luzie więc uważam, że plan wykonany. Jeszcze rok temu nawet nie marzyłam o tym, że to zrobię a tu proszę stało się. Dobry plan, dobre towarzystwo, systematyczne treningi i wszystko jest możliwe tylko trzeba chcieć. Jagoda, Kornelia, Agula – wielkie dzięki.

Relacja: Gosia Czarnecka

Zdjęcia: Alicja Stania

III KIETA Cross-MOL

Nasz nowy Sponsor Tytularny – KIETA wyposaża triathlonistów w odpowiedni sprzęt a ludzie związani z KIETĄ dzielą się swoimi doświadczeniami z zawodnikami, doradzą jak przygotować, dobrać
i serwisować rower.

Powstanie salonu rowerowego zrodziło się z pasji do aktywnego spędzania czasu. Uwielbiają biegać, pływać, no i oczywiście jeździć na rowerze.

Dostaniesz tu wszystkiego, czego potrzebujesz, od  przygotowania się do triathlonowych zawodów rowerowych, aż do dobrania kasku lub pierwszego roweru dla Twojego dziecka.

Co nas łączy? To załoga, dla której niemożliwe nie istnieje, czyli tak jak dla nas 🙂

Będziecie mogli ich poznać już 1 września na naszych zawodach. A jeśli ktoś jest niecierpliwy – zapraszamy na cykliczne, poniedziałkowe treningi z Centrum Rowerowe KIETA. Jest to propozycja
na aktywną regenerację po weekendowych treningach. Treningi zakończone są dobrą kawą, a co trzeci trening odbywa się losowanie, gdzie są do zgarnięcia nagrody rzeczowe!

https://web.facebook.com/KIETArowerowy/?_rdc=1&_rdr