Runmageddon Classic

Runmageddon Classic w Myślenicach w upalną majową niedzielę.

Trzeba znaleźć sobie jakąś godziwą rozrywkę na długi majowy weekend, więc najbardziej stosowny dla naszych upodobań i charakterów wydaje się być Runmageddon. Wybieramy z Dagmarą opcję classic, czyli nie za mało, nie za dużo. Tak żeby się zmęczyć, ale nie zabić i mieć z tej imprezy frajdę 🙂 Nasza fala startuje o 9.30, więc z Bytomia wyruszamy bladym świtem o 6 rano 😉 Meldujemy się w Myślenicach, odbieramy pakieciki startowe, zachwycamy pięknymi koszulkami. Cieszymy słoneczkiem i z pożądaniem spoglądamy na metę, gdzie na wieszaczkach wiszą już medale i bandany przeznaczone dla szczęśliwców, którzy dopełzną do mety. Humory nam dopisują, więc wylegując się na leżaczkach, jemy kanapeczki, zagryzamy batonikami i czekamy na wybicie godziny „W”. W miarę zbliżania się godziny startu jest nam coraz mniej wesoło. Szczególnie, że przed oczami mamy całą gamę widowiskowych (dla obserwatorów) przeszkód, które będziemy musiały pokonać przed samą metą. Są one tak wymyślne, że nawet trudno nam sobie wyobrazić, jak można przez nie przejść… Ale jak zwykle na refleksje – czy aby na pewno wiemy co robimy? jest ciutek za późno. Niesione tłumem, z workiem piasku na plecach ruszamy w 15 km trasę, naszpikowaną przeszkodami z piekła rodem… Chyba w trosce o to, abyśmy się zbytnio nie przegrzali troskliwi organizatorzy większość przeszkód umieścili bezpośrednio w wesoło rwącym nurcie rzeki… Jest więc lina nad rzeką, po której trzeba przedostać się na drugi brzeg (tak daleki, że gołym okiem nie widać) wisząc głową w dół, ściana pod którą należy zanurkować i wyłonić się z drugiej strony, kamienisty tor do przeczołgania się, ograniczony od góry zwojami drutu kolczastego, drewniane wielkie kłody, które należy przetransportować rwącą rzeką (oczywiście pod prąd) z punktu A do punktu B i oczywiście niezliczona ilość  „zwykłych” przepraw z brzegu jednego na drugi… Dla urozmaicenia, oraz aby pozwolić nam lekko przeschnąć runmageddonowy szlak odbija od rzeki i każe nam się wdrapywać na szczyty, a potem z nich zbiegać (zjeżdżać lub spadać) w dół, po drodze zaliczając ściany do przeskoczenia, liny do przejścia, doły do przeczołgania się (z wodą, piachem lub cuchnącym błotem). Więc wspinamy się, wdrapujemy, pełzamy, przepływamy, przedzieramy, skaczemy, przenosimy ciężary, zanurzamy się w kontenerze z lodem, przedzieramy przez ścianę ognia, a nawet strzelamy do celu oraz oczywiście biegniemy, biegniemy i biegniemy, potykając się o kamienie i korzenie. Szczęśliwie ranmageddonowa brać życzliwie pomaga sobie pokonywać następne przeszkody, więc kilometrów i przeszkód do pokonania ubywa z każdą chwilą. Przed samą metą, oczywiście dla uciechy licznie zebranej gawiedzi żądnej rozrywki, ustawione zostały najbardziej wymyślne, najtrudniejsze do pokonania przeszkody… a my rzęzimy resztką sił, ledwo ciągniemy nogami, a ręce mdleją z wysiłku… Niedzielni spacerowicze, czyści, pachnący i elegancko odziani z niedowierzaniem i z otwartymi ustami wpatrują się w śmierdzące, obdarte, rozczochrane i ociekające wodą i błotem stwory, które systematycznie wypełzają z rury kanalizacyjnej… W ich oczach widać szok i jedno wielkie niezrozumienie dla tej formy spędzania wolnego czasu… Od upragnionej mety dzieli nas kilka, totalnie porąbanych przeszkód – na początek trzymetrowa ściana, jakbym miała trochę siły tobym się pod nią popłakała… Na szczęście mam nieustający doping i wsparcie Dagi, która szybciutko organizuje pomoc w osobie wielkiego wolontariusza o wyglądzie wikinga, który z jednej strony prawie wrzuca mnie na górę, a potem z drugiej zdejmuje, delikatnie odstawiając na ziemię 🙂 Kilka metrów dalej szatański wynalazek, kilkumetrowa ściana z wyślizganych rur i zjazd po linie…  tu się poddaję i zaliczam 20 karnych burpees’ów, lecę dalej robiąc rundkę z beczką na plecach i wchodzę na konstrukcję składającą się z chybotliwych i bujających się łańcuchów, jakoś się przez nią przeprawiam i z rozpaczą staję przed instalacją z tysięcy opon, między którymi należy się przepchać… uuuu nie jest dobrze, utykam gdzieś w połowie trasy i ani do przodu, ani do tyłu… Szczęśliwie ktoś zauważa „zwłoki” między oponami i pomaga wypełznąć na światło dzienne. Jest dobrze, meta w zasięgu ręki, jeszcze tylko małpi gaj z opon dyndających na łańcuchach, po których należy przemknąć z gracją, wylądować na gumowym słupie, wspiąć się na górę, walnąć w dzwoneczek, spaść ze słupka i już można doczłapać do mety, ciągnąc za sobą obtłuczone, podrapane i niedziałające nogi… W nagrodę na mojej ubłoconej, zapiaszczonej szyi, oblepionej szczelnie trawą, sianem i tatarakiem, ktoś zawiesił kawał metalu, do jednej ręki włożył bandankę, do drugiej litościwie wcisnął piwo, poklepał po plecach i wepchnął pod ściankę chwały, w celu uwiecznienia na zdjęciu tej wiekopomnej chwil…

 

Relacja: Ania Frankowska

Zdjęcia: Organizatorzy, Runmageddon, Bartek Ziółkowski, Offset

17. PZU Cracovia Maraton!

Wśród kilku tysięcy uczestników krakowskiego maratonu znalazła się wieloosobowa pomarańczowa ekipa, a między nimi biegające małżeństwo – Joanna i Piotr Kandora. Dla Asi był to pierwszy maraton, przeczytajcie jakie wrażenia jej towarzyszyły:

W czasie gdy Piotrek walczył o powrót na biegowe ścieżki we mnie pojawiła się myśl: A może maraton? Powiedziałam mu o moim pomyśle, i że królewski dystans pokonamy razem albo wcale. Piotrek zaczął biegać i postanowiliśmy, że razem pobiegniemy Cracovia Maraton 2018. Przygotowania traktowaliśmy ambitnie a plan treningowy zrealizowaliśmy w 80%. Po bardzo mroźnym Półmaratonie Marzanny przez trzy tygodnie zmagałam się z kaszlem, zero biegania a czas uciekał. Potem kilka treningów i sobota – wyjazd do Krakowa. Piękna pogoda, pakiety startowe odebrane, wieczorny spacer i kibicowanie podczas Biegu Nocnego. We mnie narasta strach. 🙂 Rano śniadanie i idziemy na Rynek, tu wita nas Sylwia – wulkan optymizmu i dobrej energii, potem spotykamy Iwonę i Bartka oni uśmiechnięci, wyluzowani a mnie coraz bardziej ściska w żołądku. Dawno nie czułam takiego strachu; będzie gorąco, czy wytrzymam? czy doświadczę tzw. ściany? Czy nie zawiodę Piotra – mamy biec razem od początku do końca. Wreszcie start i 10 min później rusza nasza strefa czasowa. Stres mija niemal natychmiast. Jest pięknie! Pierwsze 26 km to czysta radość biegania, chłonę każdy kilometr, doping kibiców. Na nawrotkach mijamy Sylwię potem Sebastiana, Łukasza i Pyjtra pozdrawiamy się, dopingujemy. Wyprzedzamy Roberta i Iwonę, Bartek pognał do przodu. Temperatura wzrasta coraz bardziej, sił ubywa i zaczynam odczuwać pokonane kilometry. Teraz głowa zajęta jest tylko tym żeby pić na każdym punkcie, podjadać banany, niepotrzebnie nie tracić sił i biec przed siebie. Piotrek jest w świetnej formie, trzeźwo kontroluje sytuację, jest dobrze – utrzymujemy stałe tempo ok. 6 min/km. Odcinek do Nowej Huty i z powrotem pokazuje, że teraz zaczął się maraton. Nogi pracują mechanicznie a przez głowę przetacza się myśl: co ja tu robię? Po co mi to? Na jednym z punktów dopingu ktoś puszcza muzykę, dochodzą do mnie słowa: Do celu masz niewiele… po prostu walcz… To może być twój szczęśliwy dzień… Ciary na plecach, łzy w oczach i dalej do przodu. Jest coraz trudniej. Doganiamy Jacka a potem Bartka. Piotrek też zaczyna odczuwać pokonane kilometry, wspieramy się wzajemnie. Już tylko 8 km do mety, to tyle co do szlabanu i z powrotem. Zjadam ostatniego żela, wbiegamy na bulwary, widzimy idącego Pyjtra, doganiamy go i razem mijamy punkt kibica Cidry Lotajom. Dodali nam energii. Kilkaset metrów dalej Pyjter został a my odliczamy kolejne kilometry. Już tylko i aż 4 km do mety. Boli wszystko, upał potwornie dokucza i męczy, Piotrek mówi, że teraz to już wszystko jest w głowie. Widzę Wawel i morderczy podbieg a potem obiegamy zamek. Droga, która 4 godziny wcześniej wzbudzała euforię teraz wykańcza. Myślę: Niech to się wreszcie skończy. Wbiegamy na ul. Grodzką, na końcu jest Rynek i meta. Jeszcze ok. 800 m. Mijamy ratowników pomagających nieprzytomnej biegaczce. Byle wytrwać do końca. Jest Rynek, widzę bramę z napisem META, wbiegamy razem trzymając się za ręce. Zrobiliśmy to! 4:18:49 czas marzenie! Jestem mega dumna szczególnie, że poza przerwami na picie cały dystans pokonałam biegiem, nawet na chwilę nie przechodząc do marszu. Wiem, że sama nie przebiegłabym królewskiego dystansu w takim czasie. Mężu jesteś najlepszym, motywatorem, strategiem i partnerem. Zrobiłam to! Poznałam smak radości, bólu, zniechęcenia, rezygnacji, złości i totalnego sponiewierania a potem ogromnego szczęścia i satysfakcji. Wiem, że maraton nie będzie moim ulubionym dystansem, ale może jeszcze kiedyś spróbuję 🙂

Zdjęcia: 17. PZU Cracovia Maraton

Orlen Warsaw Marathon!

Poprzedni weekend obfitował w maratony, debiutantka Ania Zielińska postanowiła królewski dystans przebiec w Warszawie. Zobaczcie jaką drogę przeszła Ania do maratonu:

Moja przygoda z bieganiem rozpoczęła się 4 lata temu, kiedy wyszłam z moim mężem pobiegać po Miechowickiej Ostoi Leśnej. Pamiętam było to 2,5 km i byłam z siebie dumna. Myśl o dłuższych dystansach nie mieściła mi się w głowie, tak naprawdę to nie miałam pojęcia ile kilometrów ma półmaraton, a co dopiero maraton. Na treningi zaczęłam wychodzić coraz częściej (mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia). Kilometrów z każdym dniem, tygodniem, miesiącem zaczęło przybywać. Były pierwsze zawody na 5 km, 10 km… Dwa lata temu pierwszy półmaraton, a w roku 2017 zaliczyłam Koronę Półmaratonów! Naszła mnie myśl, że teraz pora na dystans maratoński, pytanie jaki wybrać? Wiele słyszałam dobrych opinii o Orlen Warsaw Marathon, więc nie zawahałam się ani chwili kiedy uruchomili zapisy. Zapisana, opłacona, klamka zapadła, więc teraz pozostało mi tylko trenować. Ostanie pół roku było ciężkie: praca, dom, regularne treningi, wybiegania krótsze i dłuższe, podbiegi, przebieżki, to wszystko doprowadziło mnie na start dystansu maratońskiego.

Na bieg wyruszyłam w gronie rodzinnym, z mężem Marcinem Zieliński, bratową Izabelą Imiołczyk i bratem Jarkiem Imiołczyk. Bratowa na 10 km i my we troje maraton (wielkie pokłony dla brata, który na miesiąc przed biegiem zdecydował się i z 10 km przepisał się na maraton). W sobotę zawitaliśmy do stolicy. Po zakwaterowaniu w hotelu poszliśmy odebrać pakiety, zwiedzić Warszawę, potem coś zjeść i odpocząć przed wielkim startem.
Niedziela przywitała nas piękną słoneczną pogodą, przygotowani wyruszyliśmy w stronę Stadionu Narodowego, gdzie spotkaliśmy znajomych z MGB – Arkadiusz Gorczycki, Janusz Halczok, Przemek Markowski oraz Aleksandra Morawiec. Na miejscu zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i wymieniliśmy się ostatnimi wskazówkami. Wyruszyliśmy w stronę startu, każdy do swojej strefy czasowej. Widok tylu ludzi zapierał dech w piersiach, odśpiewaliśmy hymn narodowy, po czym ruszyliśmy.

Sama pośród tylu ludzi, ze swoimi myślami i ulubioną muzyką biegłam pokonując kilometr po kilometrze, starałam się utrzymać jedno tempo. Biegło się rewelacyjnie, na 16 km dogoniła mnie Edzia i zapytała jak się czuje, czy wszystko ok? Starałam się nawadniać na każdym możliwym punkcie. Pomimo słonecznej pogody biegło się fajnie. Słońce, aż tak mocno nie doskwierało. Rozpoczął się 25 km i ból kolana, następnie kostki i od 30 km dopadły mnie skurcze nóg. Musiałam zwolnić i już wtedy wiedziałam, że zakładany czas jakim chciałam ukończyć nie uda mi się zrealizować, ale to już nie miało znaczenia liczyło się tylko to, aby ukończyć maraton nie ważne jaki czas osiągnę.
Kiedy wbiegałam na Most Świętokrzyski wiedziałam, że to już ostatnia prosta, że do mety już tylko 2 km. Ujrzałam dopingującą Izabelę, która wcześniej ukończyła dystans 10 km i przywitała na mecie Marcina i Jarka. Dodało mi to takiego wiatru w plecy, że nawet nie wiem kiedy przekroczyłam linię dystansu maratońskiego. Wiem, że dobiegając do mety grupa MGB mocno mi kibicowała. Za linią mety odbiór medalu, łzy szczęścia, uścisk gratulacje i słowa ”jestem z ciebie taka dumna” wypowiedziane przez Izabelę. Gratulacje złożyliśmy sobie również wzajemnie z Marcinem i Jarkiem, którzy wcześniej przemierzyli dystans maratoński i czekali na mnie.

„Niemożliwe nie istnieje” to motto towarzyszy mi od początku biegania i dzisiaj już wiem, że jeżeli czegoś mocno pragniesz i wierzysz to marzenia się spełniają.

Dzisiaj już wiem, że pokonanie dystansu maratońskiego to sporo poświęconego czasu na regularne treningi, długie i krótkie wybiegania, przebieżki, podbiegi, interwały. Z całego serca chcę podziękować moim najbliższym: Marcin Zieliński, Izabela Imiołczyk, Jarek Imiołczyk oraz miłośniczkom biegania wspaniałej Krystynie Benska i uroczej Iwonie Zamojska za czas poświęcony treningom, za słowa otuchy i wiary, bo to dzięki Wam mogłam dokonać czegoś co kiedyś wydawało mi się niemożliwe.

Zdjęcia: Orlen Warsaw Marathon, MGB

Oko w oko z rakiem!

Nie tylko maratończycy mieli dzisiaj święto biegania. Miłośnicy krótszych dystansów również mieli ciekawą propozycję, bieg „Oko w oko z rakiem” w Chorzowskim Parku Etnograficznym na dystansie 5 km, 10 km lub bieg NW.
Bieg miał na celu promocję zdrowego odżywiania w trakcie i po chorobie onkologicznej oraz profilaktykę choroby nowotworowej.

Cykl biegów – Po Sąsiedzku

Zapraszamy Was na niezwykły cykl biegów, każdy inny a wszystkie “po sąsiedzku”.
Pomysł cyklu jest efektem współpracy czterech grup biegowych graniczących ze sobą miejscowości: Radzionkowa, Bytomia, Piekar Śląskich i Świerklańca.
Cieszymy się, że udało nam się połączyć siły, by stworzyć ciekawe współzawodnictwo a przy okazji pokazać Wam nasze miejsca do biegania. To dla nas spore przedsięwzięcie i wyzwanie, ale obiecujemy, że damy z siebie wszystko, abyście chcieli w nim uczestniczyć po raz kolejny.

W każdym organizowanym wydarzeniu będzie rywalizacja biegowa i marsz NW. Wszyscy, którzy wystartują w 4 biegach lub marszach NW otrzymają pamiątkowy prezent.
Każdy udział w biegu lub marszu będzie premiowany punktami, aby w końcowej klasyfikacji wyłonić najlepszych zawodników Cyklu.
Już w tej chwili pula nagród wynosi 6600 zł a wciąż zabiegamy o kolejne.

Zapraszamy!

Cidry lotajom, Miechowicka Grupa Biegowa, Lecymy Durś, UFOKI Świerklaniec.

Na Cykl biegów składają się wydarzenia:
– III ECO CIDRY CROSS – Radzionków 09.06.2018 r.
– IX BIEG ŚWIERKLANIECKI „PIONA GWIDONA” – Świerklaniec 25.08.2018 r.
– III REGATTA CROSS-MOL – Bytom 01.09.2018 r.
– II CHARYTATYWNY BIEG „POMAGAMY DURŚ” – Piekary Śląskie 30.09.2018 r.

1 2