2 Bieg Na Orientację

W piękny, słoneczny, niedzielny poranek spora grupa pasjonatów błądzenia po lesie spotkała się na boisku szkolnym, by wziąć udział w 2. Biegu Na Orientację.
Zaczęło się od przeprawy mostem nad przepaścią, a potem to już poszło z górki iii… Dwuosobowe drużyny rozpierzchły się po leśnych ścieżkach z mapą i opisem punktów kontrolnych w ręku, a na trasie biegu czekały je różnorodne zadania. Kto nie znał się na matematyce, botanice, ichtiologii, smerfologii, gotowaniu, czy korkach na A4, ten nadrabiał szybkością, siłą logiki i poczuciem humoru  :-). Moc jest w nas, więc trochę błądząc w leśnych ostępach, trochę skacząc po rowach melioracyjnych i zaglądając do wnętrza wulkanów, wszystkie drużyny pokonały ponad 10-kilometrową trasę, osiągając metę na RODOS, gdzie czekały medale, weryfikacja kart z zadaniami i miłe przyjęcie wraz z niespodziankami, przygotowane przez organizatorów: Olkę, Koguta Bytomskiego, Katarzynę Haber. Tam też dowiedzieliśmy się, jak poszło innym drużynom, dlaczego zniknął dziwny przedmiot z pkt. 10 i okulary oraz najważniejszego – jak wyglądamy w piżamkach – pajacykach  🙂 . A wyglądaliśmy świetnie! W bazie na Rodos śmiechom i opowieściom nie było końca. Z niecierpliwością czekamy na następne edycje BnO, bo ten bieg na długo pozostanie w naszej pamięci! Ogromne podziękowania i podziw należą się Olce, organizatorce biegu, której pomysłowość wielokrotnie pozytywnie nas zaskoczyła. Dzięki, Olka M!

Relacjonowała: Jadwiga Krochmalska

11 PANAS Półmaraton Ślężański

Ola, Darek i ja pojechaliśmy prawie 200 km żeby przebiec ponad 20 km w wokół góry Ślęży. Niby bez sensu, ale dla atmosfery biegu okoliczności przyrody i przypominającej rollercoaster trasy było WARTO.
Na starcie 5000 biegaczy i wszytko zorganizowane perfekcyjnie. My na spokojnie odbiór pakietów szybka kawka ciacho i udaliśmy się na start. Tam punktualnie o 11.00 dupło z armaty co oznaczało start i pobiegliśmy. Pyjter biegł w Sobótce rok temu dokładnie naświetlił mi trasę także wiedziałem, co nas czeka. Od początku założyłem, że idę ostro i co będzie to będzie. Po pierwszych dwóch górkach już wiedziałem że nogi niosą i może być szybki (jak dla mnie:)) bieg. Na 7 km zaczął się najdłuższy i najcięższy podbieg, potem już 24od 10 km miało być już ino łatwiej. I tak było, ale tylko do 17 km, dokąd trasa prowadziła raczej w dół. Na końcu miały być jeszcze tylko dwa podbiegi i meta. Od 16 km już walczyłem z narastającym zmęczeniem i jak się okazało, że ten ostatni podbieg jest jednak przedostatni to się lekko wk…. uniosłem. Jakoś jednak głową wczłapałem się na górę i potem już szybko w dół na czerwony dywan, za którym była meta. Darek przebiegł dosłownie 2 metry za mną (nic nie wiedziałem, że się czaił za mną cały bieg). Ola niedługo po nas. Z tego miejsca serdecznie dziękuję Oli i Darkowi, że mnie przygarnęliście do samochodu, poczęstowaliście kawą, Miło było Was lepiej poznać. Dzięki Wam jeszcze raz potwierdza się, że w Miechowickiej Grupie Biegowej siła – naprawdę.

Relacjonował: Łukasz Wieczorek

15 Półmaraton Marzanny

Ból stopy nie ustępował pomimo zaprzestania treningów. Do półmaratonu zostało tylko 7 dni, a ja od kilkunastu dni nie biegam. Niepewność i wahania czy próbować nie ustępują. A plany były ambitne.??
Na trzy dni przed planowanym wyjazdem „wali” nam się również transport do Krakowa, gdyż koleżanka Ania się rozchorowała. Pogoda też płata figle. Dopiero co była wiosna a teraz zapowiada się mroźna zima. Trzeba podjąć szybką decyzję, mała reorganizacja i ruszamy w czwórkę na zdobycie Krakowa. Dorotka z Rafałem biegną dystans 10km DLA MAŁYCH SERC, ja i Edzia 15 Krakowski Półmaraton Marzanny. Na miejscu mnóstwo ludzi jak to zwykle w Krakowie. Wypatrujemy ” naszych”- są: ” Filipiaki” (choć Beatka ze względu na stan zdrowia tym razem jako kibic), Krysia, Radek, „Kandory” i zaprzyjaźniony Przemek oraz znajomi z innych grup biegowych. Ciepłe słowa dodają otuchy i wiary we własne możliwości. Choć wiem, że może być ciężko i nic nie będę robiła na siłę. Mroźny wiatr zniechęca do wyjścia na zewnątrz. Odbieramy pakiety, zaliczamy toaletę i w ostatnie chwili pędzimy na start. Atmosfera pomimo minusowej temperatury jak zwykle gorąca. Jeszcze uściski, zdjęcie i ruszamy. Hirek popędził do przodu, a nasza trójka (ja , Edzia i Radek) spokojnie, równym tempem zaczynamy ten trudny dla mnie dystans. Założenie jest ambitne: dobiec poniżej dwóch godzin. Dla moich towarzyszy to raczej bieg treningowy, dla mnie bieg po życiówkę. Rok temu przebiegłam ten dystans z czasem 2.08?? i byłam szczęśliwa że się udało.
Jest zimno i momentami mocno wieje, ale biegnie nam się dobrze. Na pierwszej nawrotce wołają do nas Joasia i Piotr. My spokojnie do przodu pilnując się nawzajem żeby nikogo nie poniosło. Asia i Piotr mijają nas i tylko od czasu do czasu widzimy ich na trasie i dopingujemy się wzajemnie. Ktoś nas rozpoznaje i woła BAWO MGB?? i zaraz cieplej na sercu pomimo odczuwalnej temperatury minus 20 i lodu w kubkach zamiast wody na punktach odżywczych.
Ale to nic, my równiutko mkniemy dalej. Ból stopy delikatnie się nasila, ale nie myślę o nim, dam radę. Trzeba zająć głowę, czym innym. Trasa została troszkę zmieniona i jest małe rozczarowanie, że mijamy bokiem krakowski Rynek. Cztery kilometry przed metą musimy troszkę przyspieszyć, jeśli chcemy zrealizować plan. Radek pognał jak wiatr a my spokojnie do celu. Już słychać Zenka na mecie. Jest już blisko.
I ostatni kilometr. Głos Edzi: „Gosia biegnij, mam skurcz”.?? Chwila wahania, co robić? Edzia podbiega do ławki i rozciąga nogę. Ok. biegnę….Słyszę doping naszych pomarańczek i gnam ostatkiem sił. Udało się?? Życiówka zrobiona, jest medal i za chwilę jest kulejąca Edyta. Walczyła z bólem żeby dobiec do mety Adrenalina opada i u mnie ból stopy się nasila. Obie wracamy kulejące, ale jakie szczęśliwe.
Bardzo dziękuję Radkowi i Edzi za wspólne kilometry. Ogromnie mi pomogliście kochani??
Dziękuję za wiarę w moje możliwości wszystkim uczestnikom i całej reszcie??
1:57:08 dla mnie to spory wyczyn. Jestem mega szczęśliwa. Pomimo wiatru, pomimo mrozu i innych przeciwności losu marzenie się spełniło??

Relacjonowała Gosza

Bieg Wiosenny z metą na Stadionie Śląskim

Choć do rozpoczęcia kalendarzowej wiosny pozostało jeszcze kilka dni, to już w niedzielę biegacze z całego Śląska i nie tylko mogli przywitać tę piękną porę roku Biegiem Wiosennym w Parku Śląskim. Na linii startu gdzie zameldowało się ponad trzy tysiące zawodników, nie mogło zabraknąć reprezentantów Miechowickiej Grupy Biegowej.
Co sprawiło, że rozgrywane w Chorzowie zawody cieszyły się tak dużą frekwencją? Odpowiedź na to pytanie wydaje się banalnie prosta największym asem w rękawie organizatorów wczorajszego biegu był fakt, że meta ulokowana została na bieżni Stadionu Śląskiego.
Tak, to świadomość walki na ostatnich metrach w „Kotle Czarownic” przyciągnęła do chorzowskiego Parku tylu śmiałków chcących pokonać dziesięcio kilometrową trasę, która według wielu nie należała do najłatwiejszych.
A nie ma lepszego miejsca do inauguracji sezonu jak jedna ze świątyń polskiego sportu. Bo przecież to miejsce kojarzone przez młodszych kibiców głównie z niekończącą się przebudową pamięta najpiękniejsze momenty reprezentacyjnej i klubowej polskiej piłki nożnej. To tu Polacy przy dopingu dziewięćdziesięciu tysięcy kibiców w 1957 roku ograli ZSRR 2-1. To tu w 73 roku Polacy pod wodzą Kazimierza Górskiego pokonują siejących postrach w świecie piłkarskim Anglików po bramkach Banasia i Lubańskiego. To tu dwa lata później nasza reprezentacja zabawiła się z wicemistrzami świata Holendrami wygrywając 4-1,aż w końcu to właśnie na stadionie Śląskim w Chorzowie zapewniamy sobie historyczny awans na mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii pokonując Belgów 2-0 po bramkach Ebiego Smolarka. Od 1993 roku stadion Śląski został uznany za Stadion Narodowy.
Organizatorzy zapewnili zawodnikom świetne warunki do biegania, sobie świetną renomę a My, jako grupa zapewniliśmy sobie powody do dumy i możemy o tym mówić najgłośniej jak tylko się da. Na liście startowej wczorajszych zawodów można było wyczytać, aż czterdzieści siedem nazwisk reprezentujących pomarańczowe barwy, co pozwoliło nam zwyciężyć w konkursie dla najliczniejszej drużyny! I co tu dużo mówić tak to się robi! Bez żadnej organizacji bez umawiania się z dużym wyprzedzeniem. Przyjeżdżamy, robimy swoje, a przy okazji zgarniamy nagrody. Atmosfera w naszym obozie od początku do końca zarażała optymizmem, a przecież nie każdy przyjechał tu tylko po to żeby tę trasę zaliczyć, ale gdzie lepiej wyładować przed startowe napięcie jak wśród ludzi, którzy rozumieją Cię jak nikt inny?
Wśród Pań reprezentujących barwy Miechowickiej grupy biegowej najszybsza okazała się Sylwia Pietras z czasem 45:15,u Panów tę wewnątrzgrupową „rywalizację” wygrał Piotr Mrachacz, który dzień wcześniej zajął piąte miejsce w akademickich mistrzostwach Śląska zapewniając sobie kwalifikację na szczebel ogólnopolski. Zawody startują za dwa tygodnie, Piotrek trzymamy kciuki! Jednak największą gwiazdą wczorajszych zmagań została Barbara Szulc. Nasza reprezentantka uplasowała się na trzecim miejscu w swojej kategorii wiekowej!
Myślę, że każdy z nas wpisze Bieg Wiosenny w swój osobisty biegowy kalendarzyk, wczoraj w tak krótkim czasie mogliśmy sobie przypomnieć, że bieganie to nie tylko ciężkie treningi i ciągły rygor, ale przede wszystkim ludzie. Ludzie, dzięki którym ten w większości amatorski sport staje się coraz piękniejszy.
„Nie oczekuj żadnych korzyści z biegania, a w zamian otrzymasz więcej niż mógłbyś sobie wymarzyć”
Relacjonował: Łukasz Buze

EDP Meia Maratona de Lisboa, czyli Półmaraton w Lizbonie!

Ta radość i szczęście gdy przekraczasz linie mety, że znowu mi się udało, że to zrobiłem, że niemożliwe nie istnieje, że sam w to nie wierzyłem powoduję, że chcesz i wiesz że będziesz biegać zawsze byle zdrowie dopisało. Właśnie zdrowie…  Ale od początku…

Połówka w Lizbonie zaplanowana była już kilka miesięcy przed startem. Zamówione bilety, nocleg, opłacony pakiet startowy nic tylko trenować. Zima za pasem, więc co środę spotykamy się na sali gimnastycznej wzmocnić swoje mięśnie no i pograć w siatkówkę, a że siatkówka to sport kontuzjogenny 11 dni przed wyjazdem skręciłem kostkę. Nie ukrywam, że trochę się załamałem. Od razu przed oczami zobaczyłem start w Lizbonie i że już nie pobiegnę, a może i nawet nie pojadę. Ból był nie do zniesienia, kostka spuchnięta, ruszać się  nie da, o „chodzeniu” bez kuli mogę pomarzyć. Pobiec nie pobiegnę, ale może chociaż pojadę, posiedzę na ławce, popatrzę na ocean 🙂 coś trzeba z tym zrobić. Wtedy z pomocą przychodzi nikt inny jak fizjoterapeuta. Dlatego chciałbym podziękować SALVEO Profesjonalna Regeneracja Sportowa, a w szczególności Pani Karolinie, która postawiła mnie na nogi i po czterech zabiegach mogłem normalnie chodzić nie czując bólu. O bieganiu nie myślałem bo nie chciałem się nakręcać, wolałem dmuchać na zimne. I tak się cieszyłem że mogę chodzić i polecieć pozwiedzać.

Do Lizbony dolecieliśmy późnym wieczorem, na zwiedzanie już trochę za późno, wiec postanowiliśmy poczekać do rana. Zwiedzanie zaczęliśmy od… odebrania pakietów startowych 🙂 Biuro zawodów znajdowało się w budynku wybudowanym pod wystawę EXPO w 1998 r. w dzielnicy Belem. Wszystko sprawnie poszło, przy jednym okienku odebraliśmy numer startowy, w drugim koszulkę, w trzecim wszystko zapakowaliśmy do worka. Zrobiliśmy zdjęcie na moście skąd na drugi dzień mieliśmy wystartować i ruszyliśmy zwiedzać.

Ja cały czas myślę o biegu, co zrobić? Biec czy nie biec? Do tego dochodzi do nas sms, że start z Mostu Lizbońskiego zostaje przeniesiony do centrum Lizbony ze względu na silny wiatr.

Podjąłem decyzję idę z Robertem na start, poczuję tę atmosferę porobię kilka zdjęć, przebiegnę bądź przejdę 3-4 km może 5 km i zejdę z trasy. No i ruszyliśmy z flagą Polski na kiju od mopa. Na pomysł z flagą wpadł Robert i był on strzałem w 10. Każdy nas pozdrawiał, robił sobie zdjęcia, poznaliśmy mnóstwo ludzi z Polski, to było coś pięknego.

Na starcie 35 tysięcy ludzi z czego większość to osoby z biegu towarzyszącego na 7 km. Całe rodziny z dziećmi przyszły na start „przejść się do mety” – dosłownie.

Na początku biegu było to trochę uciążliwe, bo trzeba było się wymijać slalomem, ale na 3 km nasze drogi się rozeszły i każdy pobiegł w swoją stronę. Co do mojego planu zejścia z trasy po 5 km… to jak się domyślacie nie doszło. Spokojnie, wolniutko nie myśląc o nodze prawie wcale, ciesząc się biegiem, rozmawiając, pozdrawiając dobiegłem do mety. Chwila w której przekraczałem metę to radość, szczęście  wręcz euforia, że pomimo przeciwności losu udało się dokonać czegoś co jeszcze parę godzin przed startem było tylko cichym marzeniem.

Piękne miasto, piękny bieg. Polecam! Lećcie do Lizbony!

Relacja i zdjęcia: Andriu

1 2