38 PZU Maraton Warszawski!

„W rzeczy samej, my maratończycy, jesteśmy inni niż pozostali ludzie. Jeśli chcesz coś wygrać – biegnij na 100 metrów. Jeśli chcesz czegoś doświadczyć – przebiegnij maraton.”

Swoimi doświadczeniami z debiutu maratońskiego podzieliła się z nami Edyta:
To była przygoda życia i największe jak dotąd wyzwanie! Czy się bałam? Owszem, ale strach minął już dzień wcześniej, dzięki atmosferze którą stworzyli moi biegowi wariaci z Warsaw Ekipy. Gdy stanęłam na starcie czekałam na jakieś podenerwowanie, ale jedyne co czułam to ekscytacja. Znowu biegłam bez muzyki i bałam się zostać sama ze sobą tyle czasu, ale niepotrzebnie, bo przez te 4 godziny przegadałam kilka km. Uśmiałam się do łez, bo kibice co parę km przezywali mnie „tygrysica”, ze względu na mój pomarańczowy strój 🙂 W okolicach 25 km przyszło mi do głowy, że idzie mi aż za dobrze, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, żeby tę pewność siebie wykorzystać, bo prawdziwy maraton zacznie się od 30 km. Nie pomyliłam się. Co prawda zapłaciłam za 6,5 godziny tej imprezy, ale skoro już minęłam baloniki z 4:30, to warto nie zwalniać. W głowie słyszę słowa brata: „żele z wyprzedzeniem bierz, bo potem może być za późno” i tak nauczyłam się pić w biegu. Ostatnia dycha zgodnie z przewidywaniami – ciężka! Ale jak na km przed metą zobaczyłam balonik 4:20, opuścił mnie zdrowy rozsądek. Ale przebiegłam metę i ryczałam jak bóbr z radości, bo właśnie ZOSTAŁAM MARATONKĄ! 🙂

Andrzej Gębski również podzielił się z nami wrażeniami z debiutu:
Zrobiłem to!! I tak po 13 tygodniach treningów nadeszła ta oczekiwana chwila kiedy stanąłem na starcie 38 PZU MARATONU WARSZAWSKIEGO. Ale od początku…
Żeby stanąć na starcie trzeba najpierw dojechać do stolicy.
Już kilka tygodni temu wymyśliliśmy sobie podróż pociągiem Pendolino, nocleg w miarę blisko startu i powrót z powrotem pociągiem. Wszystko udało się pochytać.
W sobotę rano 9 osobowa grupa ruszyła na północ do Warszawy po swoje marzenia, po następną przygodę, przeżyć niezapomniane chwilę. A że wszyscy jesteśmy Miechowickiej Grupy Biegowej, wiedziałem że to będą niezapomniane chwile.
Pendolino zrobiło na nas pozytywne wrażenie, jak ktoś nie jechał polecam. Do stolicy dojechaliśmy przed południem i mając dużo czasu piechotką doszliśmy do hotelu. Nie mogliśmy skorzystać jeszcze z naszych pokoi, dlatego zostawiliśmy swoje bagaże i udaliśmy się na Stare Miasto poczekać na resztę osób dojeżdżających. Będąc w komplecie udaliśmy się w stronę Toru na Służewcu po odbiór pakietów startowych. O tak tu już czuć klimat jutrzejszego święta. Tłumy wchodzących i wychodzących zawodników. W holu duży, dwumetrowy medal. W środku targi biegowe – wszystko co dla biegacza w jednym miejscu. Po boku odbiór pakietów startowych. Tu serce mi już waliło. Czułem te emocję – strach, podniecenie, radość… W pakiecie woda, izotonik, żel energetyczny, koszulka techniczna z adidasa i inne pierdoły. Jest OK. Na drugim piętrze zaproszono nas na pasta party. Porcje skromne, tu akurat szału nie było. Następna część dnia to powrót do hotelu, wieczorna kolacja na mieście i rozmowy o jutrzejszym dniu.
Nie powiem, że noc przespałem jak dziecko bo obudziłem się już prawie godzinie przed czasem. Śniadanie i szykowanie się do wyjścia. Cały hotel zajęty przez maratończyków i ich rodziny. Z hotelu na start mamy tylko 100 metrów to i przez okno widać już chodzących zawodników. Adrenalina 110 %. Schodzimy, przed hotelem już mnóstwo ludzi. Idziemy oddać depozyty. Ostatnie foty, uściski, całusy i ustawiamy się na starcie. Stanęliśmy prawie na samym końcu, coś tam sobie jeszcze mówimy, ale już do mnie nic nie dochodzi. Chcę już biec. Chcę, żeby się już to zaczęło. Z głośników słychać „Sen o warszawie” i słychać strzał startera – zaczęło się.
Zaczęło się, a my stoimy i nie ruszamy się minuta, dwie, cztery, pięć… w końcu coś się ruszyło i powoli zaczynamy iść. 9-10 minut po wybuchu startera przekraczam linie startu, włączam zegarek i lecę. Początek z górki, biegniemy wolno, zwiedzam, wchłaniam atmosferę peletonu – coś pięknego. Pierwsza piątka bardzo ciasno, ale wesoło, mijamy biegowych Spartan z Syrenką na czele, grupę na 4:40. Druga piątka i dalej tłoczno, biegniemy trochę szybciej, dochodzimy grupę na 4:30, robi się bardziej tłoczno i gorąco. Postanawiam ich wyprzedzić ze względu na większy luz na punktach odżywczych. Za mną biegnie Edyta, czuje się dzisiaj silna, cieszy się tym biegiem wszystkim przybija piątki, rozmawia. Mnie też się to udziela.
11 km to strefa zmian naszej MGB-owskiej sztafety. Wypatrujemy. Widzimy Ewelinę, która skończyła pierwszą zmianę, czyli Beatka walczy przed nami z trasą 21 km. Trzecia piątka to bieg poniżej 6 min/km, jest fajnie, kibice dopingują, strefy punktów żywieniowych bardzo dobrze zorganizowane. Co 2,5 km można było się napić wody, izotonika, zjeść banana, żel czy kostkę cukru.
18 km i stało się. Spodziewałem się wszystkiego, bólu pachwiny, bólu w biodrze, obtarć, nawet na biegunkę byłem przygotowany. Zaczęło boleć mnie lewe kolano. Zaznaczam, że nigdy z kolanami nie miałem problemu, no chyba że zaczynając przygodę z bieganiem, ale wtedy to wszystko boli. Przekazałem informację Edycie o lekkim problemie, nie zgłaszając że coś odpuszczam – walczymy.
21 km przebiegamy przez Łazienki – pięknie tam. Kolano dokucza coraz bardziej ale tempo trzymamy dalej poniżej 6:00. Na 23 km wpadłam na pomysł, że tabletka przeciwbólowa może by mi pomogła. Telefon do Agnieszki, stoi na 31 km. Zgłaszam problem – potrzebuje tabletki. Po drugiej stronie było takie poruszenie, że w ciągu 10 sekund miała tabletkę w ręce i na mnie czekała. Rozbawiło mnie to bardzo. A to dopiero za 8 km. 25 km to most Świętokrzyski. Zapamiętałem jedno hasło kibica – jeszcze 5 km i zacznie się prawdziwy maraton. To mnie pocieszył 🙂
27 km to wielka radość bo właśnie pobiłem swój rekord biegowy w ilości przebiegniętych kilometrów.
Przed 30 kilometrem czuję, że kolano boli coraz bardziej i czeka mnie walka na ostatnich kilometrach. Edyta zauważa, że zaczynam kuleć na jedną nogę a ja każę biec jej dalej samej, ma dzisiaj moc, a ja już ją zaczynam tylko spowalniać.
Przed 31 km doganiam Beatkę, wie już że mam problem – pociesza i dodaje mi sił.
Och, jak to dobrze na trasie spotkać Beatkę ona zawsze ci doda otuchy i zmotywuje do dalszej walki. Ucieka mi na podbiegu, a ja już wypatruje 31 km.
Jest widzę Agnieszkę. Dostaje IBUPROM kilka szybkich wymian jak jest i lecę dalej.
Tempo spadło do 6.30-6.45. Staram się o bólu nie myśleć. Biegnę od punktu do punktu z wodą tam odpoczywam maszerując, jedząc i pijąc. Kilometry mijają coraz wolniej, za wolno.
Kolano przestaje boleć, ale ja już nie mam sił na szybszy bieg. Zegarek pokazuje, że biegnąc to co biegnę na mecie będę w 4 godziny 30 minut.
38 km wodopój i ostatnia prosta. Ostatnie cztery, trzy, dwa kilometry do mety.
Ostatni kilometr to jakbym dostał sił, czułem tę metę, słyszałem spikera a jak zobaczyłem Agnieszkę to już puściło wszystko. Euforia, łzy, radość, ciary – zrobiłem to!!!!!!!!
Zrobiłem coś co było jeszcze niedawno dla mnie nieosiągalne, co było moim dalekim marzeniem, co na samą myśl przecząco kiwałem głową, coś o czym fajnie się słuchało przy piwie i tyle.
4 godziny 32 minuty 2 sekundy!
Ten wynik na debiut brałbym w ciemno przed startem, wiem że mogło być lepiej ale nie narzekam 🙂.
Trzeba sobie wyznaczyć następne cele.

Dla tych, którzy nie czują się na siłach przebiec dystansu maratońskiego, a chcieli poczuć atmosferę maratonu zorganizowano Sztafetę Maratońską – mówi Damian Nitecki. Chcieliśmy być blisko naszych maratończyków, więc stworzyliśmy trzyosobową drużynę pod nazwą MGB FUN i wraz z maratończykami ruszyliśmy ulicami Warszawy. Ewelina startowała jako pierwsza i miała do pokonania 11 km, tam w strefie zmian czekała na nią Beata, która zmierzyła się z najdłuższym dystansem, bo aż 21 km. Ja do maratończyków dołączyłem na 32 km! Było to dziwne doświadczenie, gdyż mówi się że od tego miejsca zaczyna się maraton! Widziałem więc zmęczenie i grymas bólu maratończyków… ale też radość z każdego km przybliżającego ich do upragnionej mety. Biegłem i zostawiałem kolejnych maratończyków w tyle… i czułem się głupio… miałem ochotę krzyczeć, że ja nie biegnę maratonu, tylko ostatnie 10 km. Ja świeży, wypoczęty z głodem biegania po ponad 3 godzinach oczekiwania na swoją zmianę, a oni tyle samo czasu w biegu. Było to jednak bardzo ciekawe i inspirujące doświadczenie i mimo tylko 10 km był czas na przemyślenia… „Maraton jest charyzmatycznym wydarzeniem. Zawiera wszystko. Dramat. Rywalizację. Koleżeństwo. Bohaterstwo…” Dla mnie Maratończycy jesteście Bohaterami!

foto_01a25foto_01 foto_02 foto_03 foto_03b foto_03c foto_04

II Mistrzostwa Stowarzyszenia Miechowicka Grupa Biegowa

Podczas 8 Bytomskiego Półmaratonu odbyły się już drugie Mistrzostwa naszego Stowarzyszenia.
Gratulujemy Zwycięzcom i wszystkim naszym biegaczom 🙂
Dziękujemy sponsorom: Firmie Nessi, Studio Ruchu 77, Marathon Clips i Salonikowi Prasowemu.

Zwycięzcy w poszczególnych kategoriach:

10 km Kobiety
1 miejsce – Edyta Edzia
2 miejsce – Joanna Kandora
3 miejsce – Iwona Zamojska

10 km Mężczyźni
1 miejsce – Bogdan Balcerzak
2 miejsce – Marek Kojda
3 miejsce – Robert Wróblewski

21 km Kobiety
1 miejsce – Aleksanra Madeja
2 miejsce – Ola Morawiec
3 miejsce – Dorota Mrachacz

21 km Mężczyźni
1 miejsce – Grzegorz Giczewski
2 miejsce – Piotr Szweda
3 miejsce – Grzegorz Ziętek

foto_01 foto_02 foto_03 foto_04 foto_05 foto_06 foto_07 foto_08 foto_09

8 Bytomski Półmaraton

8 Bytomski Półmaraton z punktu widzenia debiutującej Eweliny Maryniak!
Emocje opadły! Pierwszy półmaraton już za mną z czasem 2:18:55. Dla jednych to słaby czas, a dla mnie to SUKCES, że pokonałam dystans półmaratonu.
Wstając rano mój mąż martwiąc się o mnie mówi: „Ewcia daj sobie spokój, może byś nie pobiegła?” Ja mu odpowiedziałam, że pobiegnę gdyż jak powiedziałam A to i B trzeba powiedzieć. Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy się szykować na 8 Bytomski Półmaraton. Przyjechaliśmy na miejsce wraz z Jankiem Hańczurem. Przywitaliśmy się i każdy opowiadał strategię biegu. Ja z dziewczynami: Beatą Kowal, Kasią Lepich, Justyną Urbańczyk i Dorotą Mrachacz miałyśmy pobiec metodą Galloweya. I tak też pobiegłyśmy. Początkowo wszystkie razem, a później ja, Ola i Kasia pokonywałyśmy dalsze kilometry razem. Ola pilnowała czasu i przerw, tak więc wszystko szło zgodnie z planem. Motywowali nas super kibice no i oczywiście my same. Biegło mi się lekko i przyjemnie. Przed metą w ramach dopingu dołączyły do nas Iwona Zamojska i Kasia Konieczka, a tuż za mostem krzyczał mój mąż wraz z całą grupka ludzi, którzy nam kibicowali. Meta coraz bliżej i tak wbiegłyśmy na nią razem z Panem Napierałą… Widząc metę, aż łza zakręciła się w oku!
Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli i dopingowali, a dziewczynom za super towarzystwo! Nie żałuję decyzji jaką podjęłam, żeby przebiec mój pierwszy Półmaraton.

Zdjęcia: Danuta Gabryel, Wojtek Urbański i Piotr Kandora

foto_01 foto_02 foto_03 foto_04 foto_05 foto_0618

II Mistrzostwa MGB

Podczas 8 Bytomskiego Półmaratonu odbędą się 2 Mistrzostwa Stowarzyszenia Miechowicka Grupa Biegowa na dystansie 10,5 km oraz 21,097 km. Jak przepracowaliśmy ten rok? Kto okaże się najszybszy? Kto pokona kolejną granicę? Dowiemy się 18 września!

plakat_ii_mistrzostw_mgb

 

regulamin_ii_mistrzostw_mgb

Festiwal Biegowy – dzień III

Niedziela w Krynicy wcale nie oznaczała słodkiego lenistwa, wręcz przeciwnie wstaliśmy skoro świt i zmierzyliśmy się z dłuższymi dystansami. Jacek wybrał maraton, Beata, Grzegorz i Przemek półmaraton oraz wystawiliśmy dwie ekipy do sztafety maratońskiej.

– Pobudka o 6.30, śniadanie i o 7.30 pojawiamy się na deptaku w Krynicy w grupie 8 osobowej. Mamy dzisiaj okazję poczuć klimat maratonu. Dwie grupy MGB w każdej po 4 osoby wyruszają na trasę maratonu jako sztafeta maratońska. Pierwszy startuje z Krynicy, a 2,3 i 4 zostają zawiezieni autobusami na 10, 20, i 30 kilometr trasy. Pierwsza trójka biegnie równo po 10 kilometrów, a ostatni dobija do mety z 12 km w nogach 🙂. Przypominam że jesteśmy w górach i jest to górski maraton.
Ja startuje jako 2 zmiana i kilka minut po 8 rano meldujemy się w strefie zmian na 10 kilometrze. Sztafet jest w około 20. Trudno zliczyć gdyż miało być 29, ale nie wszyscy odebrali pakiety.
Przy strefie zmian punkt odżywczy: woda, izotoniki, banany suszone morele, batony. Spoglądamy w niebo, kiedy zacznie mocno grzać? Wczoraj temperatura dochodziła do 30 stopni, a dzisiaj zapowiadali że będzie jeszcze cieplej.
Pierwszy maratończyk pojawił się już po 35 minutach od startu. Dla mnie to istny kosmos, ale jak to się mówi „Niemożliwe Nie Istnieje”.
Po kilku minutach biegaczy coraz więcej. Klika sztafet też już się zmieniło pałeczkami. W okolicy 48 minuty przebiega nasz Jacek. Kilka słów i wiem że jest dobrze. Ciśnie. Przed upływem godziny pojawiają się nasze sztafety: Damian z mojej i Zosia z drugiej. Biegną razem. Nie było innej opcji jak biec drugą zmianę z Czarkiem razem.
Lecimy najpierw płasko tempo 5:30 – 5:40. Miało być pod góre. Mijamy lekko już zmęczonych maratończyków. Nawet jedną ze sztafet udało się wyprzedzić. Trzeci kilometr i dalej w miarę płasko. I zaczęło się. Lekko pod górę, potem coraz większy podbieg, znowu lekko pod górę i tak w kółko przez 5 km. O dziwo tempo trzymamy poniżej 6:00. Dobiła nas ostatnia góra. Jakieś 300 metrów z nachyleniem o wiele większym niż nasz DISNEY. Tu dostaliśmy najbardziej w d… Tu poczuliśmy, że słońce naprawdę już zaczyna palić.
Na samej górze czekał punkt odżywczy i ruszamy w dół 2-2,5 km przyjemnego biegu. To co straciliśmy na podbiegach tu zdecydowanie nadrabiamy. Zbliża się 20 km, dziewczyny z 3 zmiany już na nas czekają. Na mnie Dorota na Czarka żona 🙂
„Fajnie było”, tak sobie pogratulowaliśmy i wróciliśmy autobusem podstawionym specjalnie dla nas do Krynicy. Tam już tylko czekaliśmy na mecie aż przybiegnie czwarta zmiana. Jest dobiegli Robert i Pyjter przy wspaniałym dopingu Krynickich kibiców. Mamy to. Mamy radość z biegania i następną przygodę do opowiadania – wspomina Andrzej Gębski.

– W niedzielę z niechęcią przystąpiłam do sztafety maratońskiej z powodu upału jaki zapowiadano. A tu kolejna miła niespodzianka: towarzystwo Dorotki z kolejnej MGB-owskiej sztafety. I choć miałam ochotę czasem przyspieszyć, to ogromnie się cieszę, że Dorota trzymała mnie w ryzach i nauczyła biegać metodą Galloweya. W rezultacie razem przekazałyśmy pałeczki naszym chłopcom z 4 zmiany. A gdy już było po wszystkim… chciało się jeszcze pobiegać, nie chciało się jeszcze wyjeżdżać. Koniecznie muszę wspomnieć jaką wspaniała grupę biegowa poznałam na obu sztafetach: Rozbiegane Dobczyce. Ta grupa bardzo nas przypomina – podsumowała Edyta.

Zadowolona z udziału w sztafecie maratońskiej jest również Dorota Mrachacz:
– Chłopaki dziękuję Wam bardzo, że przyjęliście mnie do ekipy 🙂 Teraz wiem, że dużo bym straciła, gdybym nie leciała. A tak mogłam przeżyć to tak od środka, poznać trasę maratonu i świetnych ludzi z innych ekip. A przede wszystkim nie spędziłabym tyle czasu z super kumpelą Edytą. Edzia wielkie dzięki. To była radość biegania <3

Festiwal Biegowy to także rozrywka dla dzieci, jest przygotowana dla nich specjalna strefa oraz biegi w których chętnie brali udział nasi najmłodsi.
– Niedziela, Bieg Deptaka dla dzieci. Wystartowałem z tyłu. Biegałem z boku i przez to przewróciłem się na chłopca, który zahaczył o barierkę. Nabiłem sobie guza a do tego mam siniaka, ale biegłem dalej. Cały czas byłem ostatni, dopiero przed metą wyprzedziłem jednego chłopaka (na szczęście miał duży brzuch). Skończyłem bieg jako przedostatni, ale medal dostałem – powiedział Tomek Lepich (lat 7).

Wiele emocji przysporzył uczestnikom Bieg górski na Jaworzynę.
– Ostatni dzień Festiwalu Biegowego i jednocześnie ostatni bieg. Bieg na Jaworzynę Krynicką 1114 m n.p.m na dystansie 2,6 km. Pionowa wspinaczka po zboczu nastrostrady na Jaworzynie Krynickiej. Długo wyczekiwany bieg, chociaż tak do końca nie wiedziałam co mnie czeka. Postanawiamy z Ola M. pobiec razem, ale biec nie możemy, więc się wspinamy- 100m, 200m… i tak powoli dystans narasta. Wiemy już, że tylko pokora i determinacja pozwoli nam ukończyć bieg. Widoki warte takiego wysiłku, kibice w wagonikach kolejki gondolowej (jeszcze nikt z takiego miejsca nam nie kibicował!!) i na szczycie góry, gdzie była upragniona meta. Powrót nie kolejką, tylko na nogach w dól, aby nacieszyć się przepięknymi widokami. Jaworzyna była tą wisienką na torcie – mówi Beata Kowal.

– Upał nadal trwa. Słońce pali. Tym razem zabrałam ze sobą bidonu z wodą. Dopóki nie stanęłam u podnóża Jaworzyny pojęcia nie miałam na co się porywam. Zasada „jak nie dobiegnę to wejdę” okazała się bardzo mocno aktualna, bo tam się po prostu biec nie dało. Marzyłam o tym, by zmieścić się w jednej godzinie. Cała ekipa MGB, która zdecydowała się na ten bieg to byli debiutanci w tej materii. Ustawiliśmy się na samiuśkim końcu, żeby nikomu nie przeszkadzać, wysłuchaliśmy uwag organizatorów i start! Grzecznie ruszyliśmy do góry. Chyba nieco za szybko, bo po pierwszych metrach brakowało nam tchu. Co chwilę zerkałam na zegarek pamiętając, że długość trasy to 2,6 km i odliczałam ile już mamy za sobą. Pomaleńku to szło, 100, 200, … Nogi zmęczone, bolały. Próbowałam iść tyłem, ale ten sposób nie sprawdził się. Założyłam sobie żeby nie siadać, nie stawać. Iść, ciągle iść. O bieganiu tam na tej skarpie mogłam zapomnieć. Jakoś tak dobrałyśmy się tempowo z Małgosią N. i dziarsko maszerowałyśmy, wspinałyśmy się pod górę. Turyści schodzący patrzyli na nas z sympatią, żeby nie powiedzieć podziwem, a może z pytaniem w oczach „czy z nimi jest wszystko w porządku?”. Podczas wspinaczki okazało się, że idziemy razem z zapamiętaną przeze mnie młodziutką blondynką z grubym warkoczem. Wspinaczka wspinaczką, ale babskie pogaduchy trzeba było zaliczyć. Młodziutka kobieta, której mama biegła 100 km, a tata chyba 64 km. Skojarzyło mi się, że ona to tak jak nasze młode pokolenie MGB, wychowana z bieganiem 🙂
Odliczanie przebytego dystansu dobrze nam robiło, w głębi duszy i nie tylko człowiek cieszył się, że do celu zostaje coraz mniej. Po 2 km radość była ogromna, że zostaje już tylko 600 metrów. Turyści schodzący wołali, że już tylko troszkę, już widać… I rzeczywiście było widać jeszcze bardziej strome zbocze, a na jego szczycie bramę mety. Powiem szczerze ledwie żyłam, myślałam sobie, że fajnie byłoby wbiec na tę metę, ale przecież nie mam siły na taki wyczyn. Słyszymy wspaniały doping MGB i nagle Małgosia łapie mnie za rękę i już truchtamy razem, nie mam pojęcia skąd wzięły mi się jeszcze te resztki sił, ale wbiegłyśmy. Było cuuudooownie! To był dla mnie najbardziej męczący bieg tego weekendu, ale jednocześnie był ukoronowaniem mojego prywatnego festiwalu biegów. Satysfakcja, zadowolenie, euforia! To była wisienka na moim krynickim torcie – wspomina Beata Krzeszowska

– Było pięknie. Myślę, że w przyszłym roku pomarańczowe koszulki zdominują ten bieg. Wspaniałe zakończenie Festiwalu Biegowego w Krynicy w 2016 roku 🙂
Czym więcej potu się lało, tym było piękniej. Zdecydowanie za mało chwil byłyśmy blisko siebie. Zamawiam sobie ich dużo więcej w przyszłym toku – podsumowała Krystyna Benska.

Zdjęcia: Andrzej Gębski, Dariusz Matuć, Robert Wróblewski, Jagoda Krochmalska, Festiwal Biegowy i inni

foto_00 foto_01 foto_02 foto_03 foto_04

1 2