Bieg Katorżnika – Kokotek/Lubliniec!

Zima. Śnieg. Ciemno – nie, to nie dzisiejsza pogoda. To styczniowy wieczór godzina 19 siadam przed komputerem i odświeżam stronę z zapisami na Katorżnika. Jest, pojawił się formularz zapisuje się, szybko klikam i gotowe. Po niecałych 10 minutach zapisy zostały zamknięte. Tak szybko co roku kończą się marzenia o przebiegnięciu tego biegu. Mi się udało i od stycznia czekałem na 13 sierpnia.
Dziś dopadł mnie stres. O kurde to już dzisiaj. Już dawno nie czułem takiego stresu przed biegiem. Potwierdza to jedynie, że bieg jest wyjątkowy i trzeba pochylić się nad nim z szacunkiem. Dziś ja i reszta zawodników stajemy na starcie, a ponad pół roku temu wszyscy czatowali żeby stanąć na plaży w Kokotku i spełniać swoje marzenia.
Przygotowałem dwie koszulki, dwie pary spodenek, ochraniacze na piszczele (dziękuje Hirek i Beata nogi całe), rękawiczki, taśmę do przyklejenia butów żeby nie pospadały w bagnach. Jedziemy z Agą w kierunku Lublińca.
Parking, odbiór pakietów i idziemy na plaże, tam kończą swój bieg z godziny 11. Widzimy Grzesia który kończył po biegową toaletę. Okazuje się, że był czwarty. Szacun. Nasze dziewczyny gdzieś na trasie. Czas leci i trzeba się przygotować do biegu.
Dwie koszulki w torbie, w której biec? Z Bytomskiego Półmaratonu, czy może z Marzanny? Nieee decyzja jest tylko jedna przecież mam na sobie koszulkę MGB. Tylko w niej biegam zawody. Tylko w niej czuje się pewnie. To ona dodawała mi sił kiedy już ich nie miałem. To dzięki niej kibice z daleka widzą że biegnie MGB. Reprezentuję MGB i nie będę biegł incognito wiedząc że koszulka pewnie pójdzie na straty.
Ustawiamy się na plaży, godzina 15 odliczamy od 10 i start – ruszamy. Od razu wskakujemy do stawu. Pierwszy kilometr ruszamy w wodzie wzdłuż brzegu wśród trzcin potem w rowach z błotem. Czasem błoto było rzadsze, czasem tak gęste, że nie szło nogi wyciągnąć. Następnie znowu do stawu, do rowu i tak na zmianę. Najważniejsza w tym biegu jak się okazało po 1-2 km jest współpraca grupowa. Zmienialiśmy się na czele naszej grupy co kilka minut i przekazywaliśmy sobie informację gdzie pod wodą leży korzeń, głębsza dziura czy inna przeszkoda która skutecznie zwalniała i zabierała siły. Generalnie po pas w wodzie.
Jeden punkt z wodą w okolicy 7 km.
Kto zgadnie jaki czas mogę mieć na 7 km biegu Katorżnika?
2:20 (czytaj dwie godziny dwadzieścia minut).
Na początku gdy jeszcze chodziłem sobie przed biegiem usłyszałem, że dzisiejszy dystans 10 km pokonuje się w takim czasie jak dystans maratoński. Okazało się to prawdą.
Szuramy, dalej rowy, gęsto. dochodzimy do pomostu trzeba się po nim wdrapać zeskoczyć do wody, słyszymy spikera na plaży już jest blisko do mety. Co było tylko złudzeniem. Dalej rowy dalej błoto i bardzo bardzo gęsto. Nogi coraz cięższe. Przed samą metą, tak mniej więcej kilometr organizatorzy zafundowali nam tor przeszkód. Trzeba było się poczołgać, wdrapać zeskoczyć i tak do samej mety. W końcu dobiegamy. Upragniona podkowa na szyi.
Jest udało się. Radość, szczęście i następny cel zdobyty.
Z zegarka wyszło 10 km. Czas 03:03:07 ale to nie czas tu był dzisiaj najważniejszy. Najważniejsze było marzenie, które się spełniło. Czas na następne marzenie MARATON.
Ahoj Przygodo.

Relacja: Andrzej Gębski

foto_00 foto_03foto_01 foto_02 foto_04