VI Bieg Kamienny w Koszwicach!

To była piękna sobota, pogoda dopisywała, słońce grzało i na samą myśl, że o 16 biegniemy 10 km na tej patelni robiło mi się niedobrze 🙂 ale jak to zwykle ze mną bywa, jak mi się nie chce, to znaczy że będzie fajnie 🙂 i było 🙂 Reprezentacja na biegu była skromna, w sumie jechałyśmy z Krysią przekonane, że będziemy tylko my i rodzinka Lepich, na miejscu mile zaskoczył nas Przemek Markowski i Joanna Jureczko, więc biegła nas cała 5 😉 O 16 start, z Krysia już byłyśmy umówione, że z racji pogody lecimy sobie na spokojnie, rekreacyjnie, relaks i zabawa – zwerbowałyśmy do swych niecnych planów Jacka i tak całą drogę RAZEM – bo w jedności siła. 

Trasa nie zaskoczyła, zero podbiegów, zero zbiegów, po prostu przed siebie – czasami jedynie zmienne podłoże dawało się we znaki – bo raz to piach, raz kępy traw, raz twardo, raz miękko – ale co to dla nas, bywało gorzej 🙂 na metę wbiegliśmy też RAZEM – uśmiechnięci, zadowoleni, choć nawet nie wiem kiedy zleciało te 10 km, tak fajnie się biegło 🙂
Na mecie chwila dla fotografów – zarówno Katarzyna Lepich jak i mój Marcin zadbali o relację zdjęciową 🙂 czekał na nas również medal, oczywiście obowiązkowo z pomarańczową smyczą 🙂 a potem już chill – pieczenie kiełbasek, pyszna cynamonowa herbatka i relaks w oczekiwaniu na wyniki. Organizatorzy pokusili się o dosyć zabawne kategorię – kawaler, panna, mąż, zona, babcia, dziadek, prababcia i pradziadek 🙂 Ku naszej radości – choć nie byliśmy zaskoczeni- nasza Krysia stanęła na podium 🙂oh jakie to były emocje 🙂 Nie był to jej jedyny występ, gdyż chwile później znowu zawitała na środku, tym razem by odebrać prezent dla MGB – sadzonkę Dębu – podobno wyhodowanego z żołędzia 🙂 Potem przyszedł długo wyczekiwany czas losowania nagród 🙂 ku naszemu zaskoczeniu organizatorzy rozbawili wszystkich, gdyż do wygrania były przeróżne fanty – od łownego kota, przez flipsy kukurydziane, piwo, bukszpan aż po kompot z jabłek – i to ten ostatni budził pogrom wśród biegaczy – każdy modlił się tylko, by nie na niego padło 🙂 szczęśliwie udało nam się nie trafić na te wynalazki i każdy zgarnął coś pożytecznego i wszyscy byli zadowoleni 🙂

Relacja: Carmen
Zdjęcia: MGB – Kasia, Carmen, Krysia

foto_01 foto_03 foto_04

IV Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich

130 km, 22 godz. 42 min. 22 sekundy… ULTRAMARATON
Nie tak całkiem dawno temu uważałam, że „ultrasi“ to niezbyt normalni ludzie, trzeba mieć defekt mózgu, żeby takie rzeczy robić. Nadal tak uważam, tyle tylko się zmieniło, że do nich dołączyłam.
Kiedy rok temu dostałam od Doroty koszulkę z DFBG ze słowami „za rok kochana biegniemy tam razem“ odebrałam to jako miły prezent z jeszcze milszym komplementem. Tyle tylko, że Dorota zapisała nas na ten bieg i nawet nie miałam jak „zamarudzić“ – potwierdziłam, biegniemy. Dorota na to – świetnie, to prezent ode mnie dla ciebie.
Mój mózg tego nie ogarniał, więc za bardzo nie zaprzątałam sobie głowy – wiedziałam, że 21 lipca jadę biegać jakiś niewyobrażalny dystans. Zresztą taki miałam czas, że inne sprawy były na pierwszym planie.
Teraz wiem jak bardzo we mnie wierzyłaś, skoro wybrałaś ten właśnie dystans. Uliczna biegaczka, która ma za sobą dwa biegi górskie: Wilcze Gronie (15 km) i Zamieć (4 pętle po 14,5 km) ma zrobić 130 km? Tak, tak, też stukam się w głowę…
Dwa dni przed biegiem dzwoni Dorota, ustalamy co mam mieć ze sobą, uspokaja mnie ta rozmowa bardzo. Będę biegła z Arturem i Dorotą, oni są doświadczeni w biegach górskich, jestem bezpieczna. Ufam im i ich lubię – będzie dobrze.
Czwartek, wyruszamy w trasę: Artur, Tomasz, Łukasz, Dorota i ja, po drodze opowieści ultrasów. Mieszanina emocji: podziw, niepokój, podekscytowanie, strach. Słońce grzeje pełną parą, nie jest dobrze mówi Tomi.
W oddali widać góry, tam gdzieś czekają na nas ścieżki do celu a cel jest jeden – ukończyć!
Lądek Zdrój, atmosfera festiwalowa, raczej zadumanie i spokój niż wielka ekscytacja. Odbieramy pakiety, jemy obiad, witamy się z ekipą „Duchów“ i jedziemy do nich, żeby przygotować się do startu.
W Stroniu nadciągają czarne chmury, dwie godziny przed startem ściana deszczu, który trwa i trwa. Też niedobrze… Nie wiemy co pakować, co zabierać, konsultacje przeplatane salwami śmiechu. W końcu przygotowani wyruszamy. W gronie serdecznych i życzliwych ludzi idę z wiarą na start największego biegowego wyzwania. Znajome twarze gdzie się nie odwrócimy, uściski, buziaki, kopniaki… i Ewa – przed chwilą powiedziała mi, że nie będzie mogła już biegać. Dla mnie byłaby to katastrofa… nie mam odwagi zapytać jak ona to znosi. Widzę, że jest jej ciężko, mówię – pobiegnę dla Ciebie i z Tobą. Wzrusza się, ale cieszy się a ja nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że ta deklaracja okaże się wielkim wsparciem dla mnie.
Wreszcie startujemy, od razu mamy podbieg, dyszę jak lokomotywa, ale radość jest ogromna. Dobiegamy do lasu i tu już idziemy. Czuję dyskomfort w łydkach, łatwo nie jest a to dopiero 15 minut „biegu“. Tomi przypomina, żeby pić co 15 minut i co godzinę jeść. Jest pierwszy punkt odżywczy po 10 km, szybkie uzupełnienie bidonów i lecimy dalej. Jest pięknie, weszłam w rytm, biegnie się lekko, robi się ciemno.
Kolejne 15 km i Dorota mówi, że źle się czuje, bardzo źle… Chce zejść na kolejnym punkcie. Każe mi dołączyć się do kogoś i biec z nimi, ja się upieram, że biegniemy razem. Jeszcze 7 km do drugiego punktu, liczę na to, że się jej odmieni. Biegniemy tak kilka kilometrów, jest już ciemno, nie zauważam, że trochę się oddaliłam od Doroty i Artura. Pomyślałam: dobiegnę do punktu i tam poczekam, będę miała więcej czasu na uzupełnienie bidonów, zjem coś na spokojnie.
Dobiegam, spotykam Roberta (doświadczony ultras i bardzo dobry człowiek), w punkcie jest też Marek – pyta o moich kompanów, zdaję szybką relację. Mija 10 min. Podchodzi Marek i mówi, że mam biec, ja się upieram, że czekam na Dorotę i Artura, on tłumaczy dlaczego nie mam czekać, Robert proponuje, żebym pobiegła z nim. Jestem rozdarta. Podchodzi ratownik i też każe biec, nie mogę się wychłodzić. Nie spodziewałam się takiej sytuacji, drużyna to drużyna, nie zostawia się nikogo… Pobiegłam z Robertem z cieknącymi łzami a on cierpliwie tłumaczył dlaczego zrobiłam dobrze. Dorota zeszła z trasy tak jak mówiła – to silna kobieta, byle trudność jej nie złamie. To była w tym dniu najmądrzejsza decyzja, jaką mogła podjąć.
Rozmawiam z nią na trzecim punkcie, obie mamy gule w gardle, bo to nie tak miało być… Miałyśmy razem biec a ona miała mnie wspierać. Krok w krok, ręka w rękę na mecie. Tym razem jednak musiało być inaczej.
Kolejny etap łatwy – więcej z górki i będziemy już w połowie trasy, przynajmniej mojej, bo Robert biegnie „7 szczytów“ a to 240 km. Czuję że coś ciągnie mnie nad kolanem z tyłu nogi, boję się, że to nadciąga skurcz, ale nic się nie dzieje.
Długie pola przed Długopolem i jesteśmy na przepaku. W punkcie dużo ludzi, ciepła herbata z cytryną, dużo pysznego jedzenia. Robert daje mi shota a ja mam nadzieję, że to dziwne uczucie w nodze minie. Zmieniam koszulkę, buty (Olka – dziękuję Ci za nie!) i skarpety, myję ręce (co za rozkosz!), napełniamy bidony i biegniemy. Przed nami schody, najprawdziwsze! Takie do nieba… Nieźle dały w kość.
Dobrze nam się biegnie Gallowayem (marszobieg), nie męczymy się oprócz tego, że czuć jak stopy są „sklepane“. Dobiegamy do schroniska Jagodna – cudny punkt OTK Rzeźnik, na nim Asia, pierogi z jagodami, ryż z jagodami i rosołek. Pakujemy dextro w liczbie hurtowej i biegniemy na czeskie ścieżki. Najpierw zbieg i czuję jak lewa noga zaczyna mocniej dawać o sobie znać. Jakoś dobiegam w dół, potem idziemy. Mówię Robertowi, że boli mnie noga, ale pewnie to trzeba rozbiegać. Znów stosujemy Gallowaya. Poznajemy Huberta z Warszawy, młody chłopak, biega sam, lubi biegi górskie.
Jest mi coraz ciężej, mamy za sobą 90 km. Idziemy granią, pod nogami asfaltowy żwir, po lewej i prawej drzewa, nic się nie zmienia przez ponad 7 km, czasem jest pod górkę, czasem z górki, ale biec już nie umiem. Idziemy tempem 10 min./km. Robert pociesza, że to bardzo dobre tempo a w schronisku (punkt odżywczy) poprosimy o tabletkę przeciwbólową albo zmrażacz i będzie dobrze. Jesteśmy w schronisku, jest tylko zmrażacz, ale to zaledwie lekki podmuch chłodu… Prawie każdy biegacz z czymś się boryka – blazy, odciski, ból kolana… Przemiłe wolontariuszki z entuzjazmem nas chwalą i mówią, że kolejny punkt to tylko 12 km a potem ostatni etap do mety. Mimo bólu, chcę jak najszybciej wyjść, jest mocne słońce a mamy podejście na polanie. Wdrapujemy się do kolejnej asfaltowej drogi w pełnym słońcu i nie zmieniającym się krajobrazem, zakręt za zakrętem… to się nie skończy. Ból coraz silniejszy, wiary w ukończenie coraz mniej, chce mi się spać, zamykam oczy, już nic nie mówię. Patrzę od czasu do czasu na zegarek a na nim kilometrów prawie nie przybywa… poza tym pada bateria. Mówię do Roberta, że mam ochotę się położyć i choć na chwilę zasnąć, nie daję rady. Chce mi dodać otuchy, obejmuje ramieniem a mnie boli każdy mięsień. Tłumaczy mi, że nie da się nie dojść do mety mając taki zapas czasu i na pewno ukończę dystans. Wcale mu nie wierzę… ale idę, 20 min. jeden kilometr…. Myślę o Ewie i mojej deklaracji, ona nie może biegać, choć bardzo chce a ja jestem tylko bardzo zmęczona. Myślę o Dorocie, źle jej, że nie ma jej tutaj a gdyby była nie pozwoliłaby mi się poddać. Oj pewnie znów usłyszałabym parę energetycznych „motywatorów słownych“. Adam pewnie czeka na kolejne „odbicie“ w punkcie, MGB ze mną jest. Z zamyślenia wyrywa mnie sygnał zegarka – na 109 km pada bateria. No tak, teraz to już nie będziemy wiedzieć nawet ile kilometrów mamy do pokonania. Coś dziwnego stało się wtedy – zrozumiałam, że muszę dojść do kolejnego punktu, to jeszcze 3-4 km, przecież nawet bez sił da się tego dokonać. Ożywiam się i ciut przyśpieszam, co od razu Robert zauważa. Idziemy z nadzieją na ukazanie się wejścia do lasu, ale każdy następny zakręt nas zawodzi, ile można iść taką samą drogą?
W końcu jest! Niestety zejście, więc znów zwalniamy, zaciskam zęby i nie tylko. Mija nas inny zawodnik, Robert pyta go o tabletkę, ale ma tylko jedną i chce ją zażyć, też wszystko już go boli. Rozumiem doskonale, dziękujemy i idziemy razem do punktu. Liczymy na to, że będą tam ratownicy medyczni, którzy zrobią coś co sprawi, że przejdę ostatnie 18 km. Jak tam nie pomogą – w Dusznikach odwiedzimy aptekę i kupimy co trzeba. Jest – w oddali widać namiot Salomona, jak tylko docieramy Robert pyta o pomoc medyczną, relacjonuje co się dzieje i prosi, żeby mi pomóc ukończyć bieg.
Mili ratownicy oglądają nogę – nic poważnego, nadwyrężony mięsień, już opuchnięty. Mogą posmarować i dać ketonal. Łzy same płyną, czuję jak rozluźniają mi się mięśnie. Tłumaczę, że to nie z bólu, ale emocje duże, bo ja nie chcę tu wracać za rok, żeby to ukończyć, chcę spróbować dzisiaj. Pytanie czy zdaję sobie sprawę, że kontuzja może się pogłębić. Oczywiście wiem to, szybki przegląd myśli kiedy najbliższy ważny start (Krynica we wrześniu) i mówię ok. Smarowanie, ketonal – wychodzę wdzięczna, oni życzą powodzenia. Na zewnątrz czeka Robert i od razu idziemy dalej. Po 15 minutach czuję, że mogę iść bez bólu, o bieganiu nie ma mowy, ale utrzymujemy tempo 10 min./km.
Schodzimy do Duszników a tutaj chyba wszyscy wiedzą o festiwalu biegów górskich. Ludzie wyrażają podziw, uśmiechają się, życzą powodzenia, dodają wiary – coś niebywałego! Szybko mija ten miły czas, zaczyna się orka – droga przez pola, jest w okolicach 14, więc upał nieziemski. Musimy oszczędzać wodę, bo to długi odcinek. Jestem jednak pełna wiary i o dziwo – sił!
Robimy ostatnie fotki, wysyłam Adamowi sms-a, że już wiem, że dotrę do mety. Kogo mijamy – ma padnięty zegarek, więc nikt nie wie ile do mety. Głowa jest przekonana, że niewiele, ale bardzo się myli.
Krótkie, choć bardzo strome podejście znów pokazuje kto tu rządzi. Spotykamy znów Huberta – opadł z sił, pewnie nie pójdzie na drugi etap (ma w planie 240km). Idziemy z nim kilka km, trzyma się jakoś – my idziemy swoim tempem.
Pytam Roberta czy kojarzy coś co przypomina mu końcówkę, bo znów zaczynam mieć przekonanie, że drogi nie ubywa. Marudzę i mówię, że to jakieś oszustwo z tymi 18-toma kilometrami, bo idziemy chyba już ze 20… I jeszcze nam psikus zrobili – kazali przejść przez drabinę nad płotem… po ponad 120 kilometrach? Tak prowadziła droga… Kolejne pola, kolejne podejście i jest – panorama Kudowy, nasz cel. Tylko dlaczego tak daleko? Upał, ulica i końca nie widać. Nadzieja jednak w nas jest, nie wierzymy, że minuty tak wolno mogą płynąć, ale resztki rozumu pozostały – zdajemy sobie sprawę, że wszystko już nam się dłuży. W końcu jesteśmy w centrum, gdzieś słychać głos z mikrofonu. Mówię – Robert, ja chcę wbiec z flagą na metę. – Nie ma sprawy, pomogę Ci, ale wiesz, musimy wbiec. Wyjmujemy pomarańczową flagę MGB i od razu zabieramy się do truchtu (musiałam „rozkulać“ nogę), udało się ruszyć i biegniemy już bez świadomości tego, co się dzieje wokół. Czuję jak mnie rozpiera radość, szczęście i moc. Jesteśmy na mecie, czytają nasze numery i nazwiska, ludzie biją brawo, wpadamy sobie w ramiona a ja ryczę jak dzieciak. Dostajemy medale. Życzę Robertowi powodzenia, daję cukierki, on idzie do swojej strefy przygotować się do dalszej drogi. Podchodzi do mnie wolontariusz, pokazuje miejsce na trawie i pyta co przynieść do picia i jedzenia. Jestem oszołomiona, szczęśliwa, bezsilna. Dziewczyna podchodzi do mnie i pokazuje strumyk, gdzie mogę zamoczyć stopy. Idę kuśtykając i połykając łzy.
Siedzę, moczę stopy, czytam smsy, odbieram telefony. Dotarłam, nie umarłam.
Niesamowite ile człowiek jest w stanie wytrzymać fizycznie i psychicznie. Ból to stały towarzysz, człowiek tylko chce, żeby nie dochodziły kolejne miejsca, które bolą… Od mniej więcej 40 kilometra bolał mnie każdy mięsień, jak przy grypie. Można to pomijać, naprawdę. Podejścia, zejścia – to mobilizuje i wyzwala siłę, najgorsze były długie odcinki, po kilka-kilkanaście kilometrów z niezmieniającą się nawierzchnią i właściwie otoczeniem też. Z tym najtrudniej wytrzymać. Tak jak w życiu – masz wyzwanie to się mobilizujesz, masz zbyt długo wciąż to samo i jeszcze dodatkowo coś Cię „przypieka“ – jest bardzo ciężko. Wtedy trzeba to znieść, przetrawić, przemyśleć, doświadczyć, żeby docenić wyzwanie.
Człowiek jest niezwyciężony jeśli tylko tego chce i ma ludzi wokół siebie.
Mówią, że jak biegniesz ultra – masz czas na przemyślenie wielu spraw. Nieprawda – jesteś tu i teraz, myślisz o tym co przyniesie najbliższe kilka km, skupiasz się maksymalnie na chwili. A przemyślenia przychodzą po – wnioski wbijają w ziemię 🙂
Nie czuję się wielka ani niezwykła – podjęłam decyzję i wykonałam zadanie najlepiej jak umiem, z głową i maksymalnym wykorzystaniem swoich możliwości. Śmialiśmy się z kolegą na trasie, że to żadne wychodzenie ze strefy komfortu, mówiliśmy: róbmy tak, żeby było jak najbardziej komfortowo.
Dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków i ciepłe słowa 🙂 To ma sens!
Relacja: Beata Adamczyk-Nowak
Zdjęcia: Adam, Dorota, Marek… 
foto_01 foto_02 foto_03

XI Dobrodzieńska Dycha

foto_01 foto_02 foto_03Wszystko zaczyna się w głowie. W tym roku wszelkie moje myślenie skupiło się na pokonaniu dystansu półmaratonu. No i udało się. Przyszło odprężenie i trochę niedowierzania, że tak świetnie mi poszło. Przyszło też zmęczenie. A myślałam ,że mnie to nie dotyczy. Oj- jaka byłam słabiutka przez jakieś 2 tygodnie. Teraz „luzik” czyli biegam radośnie co chcę i ile chcę, nie startuję w żadnych biegach do września. czyli wakacje 🙂

XI Dobrodzieńska Dycha to wydarzenie wpisane w nasz piękny kalendarz biegowy. Oczywiście w zeszłym roku tam nie byłam, bo jeszcze nie biegałam. W tym roku tez nie myślałam o starcie w Dobrodzieniu no bo przecież mam biegowe wakacje. Jakoś mało się o tym mówiło/pisało, albo po prostu to ja nie zauważałam informacji (czasami trąba jestem). Do Dychy zachęciła mnie koleżanka Iza z zaprzyjaźnionej grupy Cidry Lotajom. Pomyślałam: czemu nie- to może być miła sobota. Przekonałam Rafała i już jedziemy autem do Dobrodzienia: ja- pomarańczowa i trzech zielonych : Iza, Mirek i Rafał 🙂 Super radosna atmosfera w czasie drogi. A na miejscu łapie mnie stres. Jak mam pobiec, czy mam jakiś plan? Chcę zrobić życiówkę? Pewnie, że chcę bo kto by nie chciał. Ale czy dam radę. Itp itd…- tragedia. Spotykamy pomarańczowych. Wszyscy skupieni. każdy chciałby pobiec jak najlepiej. Tuż przed startem wychodzi słońce, w ustach mam sucho. O nie… Start. Ruszamy. Biegnę z Izą. I nagle- tak samo jak przyszedł, tak samo stres odszedł. I oświecenie, napływ pozytywnych myśli – przecież nie jestem tu za karę, chciałam pobiec. A tak w ogóle czy w każdym biegu czas jest najważniejszy? Odpowiadam sobie : ” Nie, nie musi tak być. To ja decyduję a nie presja, którą sama nakręciłam”. No i wszystko stało się piękniejsze. Pierwszy kilometr minął szybko (pewnie przez te rozmyślania). Żartuję z jakąś dziewczyną. Informuję Izę, że mamy średnie tempo na pierwszy kilometr 5:24. Iza zaskoczona : „O to za szybko, zwalniam.” I faktycznie bardzo zwalnia. No to ja bez zastanowienia rzucam : „Żartowałam.” Na jej twarzy ulga i biegnie znowu ze mną poprzednim tempem, a nawet przyspieszamy. Następny kilometr tempo 5:06. O nie- nic jej nie mówię 😉 Mijamy piękne kamieniczki, domy, domki i wybiegamy z miasteczka. Droga wśród pól: kukurydza, zboża. Jest pięknie i miło, żartujemy z ludźmi z Gliwic, zebrało mi się na gadulstwo, więc „męczę” różnymi tematami Izę. A ona zapomina/nie wie, że biegnie szybciej niż zwykle. Znowu wbiegamy do miasteczka. Miejscowi kibice wspaniali, serce rośnie. Meta- zaskakująco szybko nadeszła, może dlatego,że nie nudziłam się na trasie 🙂 Rafał, Iza i Przemek zrobili życiówki. Mój wynik gorszy od mojej 1-szej dziesiątki w Krakowie o 1:18. Ale to co? Jestem bardzo, bardzo zadowolona. Cieszę się wszystkim, piękną pogodą, towarzystwem biegaczy- pozytywnie zakręconych ludzi i tych, którzy są dla mnie największą motywacją do biegania : pomarańczowych i zielonych 🙂 Dwie osoby z MGB na najwyższym pudle (tu w Dobrodzieniu zamiast pudła były fotele-pufy) tj. nasza Beti czyli Beata Adamczyk-Nowak i nasz Grzesiu czyli Grzegorz Giczewski. Na fotel trafiła też nasza mentorka hart treningów, po których zawsze mam zakwasy- Ania Skalska.

Ogólnie- wszystko mi się podobało. Organizatorzy spisali się na medal, kibice też, biegacze kulturka. A ja poukładałam sobie w głowie- nie zawsze wynik jest najważniejszy, czasem trzeba sobie zrobić prezent tzn pobiec dla przyjemności biegania i czerpać radość z towarzystwa KOGOŚ, kogo się lubi. Dziękuję Iza za ten bieg. Już teraz wspominam go bardzo, bardzo miło.

Relacja: Dorota Mrachacz
Zdjęcia: MGB

I Bytomski Bieg Trzeźwości

W sobotnie przedpołudnie 2 lipca, prawie 200 zawodników ubranych w większości w kolorze zielonym- kojarzącym się z nadzieją, opanowało Park Miejski im. Franciszka Kachla w Bytomiu. Okazją do wspólnego przemierzania parkowych alejek w biegu lub marszu był I Bytomski Bieg Trzeźwości. Impreza zorganizowana została przez Fundację „Dom Nadziei”, a jej głównym celem było zebranie środków na dofinansowanie terapii wychowanków Domu Nadziei.

Trasa miała długość 2,5 km i można ją było pokonać 2 razy – co też większość uczyniła.

Można było biec, maszerować z kijkami lub po prostu pospacerować.

Członkowie Miechowickiej Grupy Biegowej w tym dniu także byli obecni w Parku Miejskim. Janek, Dorota, Dominika, Daria, Olka, Jola, Małgosia, Basia, Janusz, Józef, Magda. Razem pokazaliśmy, że można zmieniać świat. A najlepiej zacząć te zmiany od tego co tu – blisko, gdzieś obok nas.

I Bytomski Bieg Trzeźwości miał charakter rekreacyjny. Ścigać można się było co najwyżej z własnymi słabościami, co pokazały osoby niepełnosprawne biorące udział w wydarzeniu- pokazały, że nie są słabe, a wręcz przeciwnie- mają siłę, by tak jak pełnosprawni przemierzyć tę samą trasę. Nawet jeśli musieli tego dokonać np. na wózku.

Przy rejestracji każdy uczestnik otrzymał opaskę silikonową „Mam siłę zmieniać świat”. Na mecie zaś na każdego czekał medal, kartka z podziękowaniem i woda. W tym upalnym dniu szczególnie to ostatnie było potrzebne. Chociaż dystans nie był jakimś szczególnym wyzwaniem, to jednak temperatura dała się we znaki. Wydawało się, że dla kogoś, kto już trochę 😉 biega, to będzie proste- pokonać te 5 km. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Dla mnie był to jeden z bardziej męczących biegów. Tym bardziej brawa dla wszystkich, którzy również postanowili w tym dniu zmierzyć się z takim wyzwaniem, a przy okazji swoją obecnością, ubraniem w kolorze nadziei, a także finansowo wesprzeć Dom Nadziei.

Bieg Trzeźwości pokazał, że takie akcje są jak najbardziej potrzebne. Ludzie chcą aktywnie, w gronie innych, spędzać wolny czas. Dlatego uczestnikami Biegu były osoby w różnym wieku. Byli starsi i młodsi. Byli rodzice z dziećmi.

A jeśli przy takiej okazji można wspomóc jakiś szlachetny cel- to tym bardziej czekamy na kolejne takie akcje 🙂

Relacja: Ka Mi
Zdjęcia: Olka Madeja

foto_01 foto_02 foto_03