4 Rudzki Półmaraton Industrialny

Już po raz czwarty wystartowałam w Rudzkim Półmaratonie Industrialnym. Jako mieszkanka tego miasta wzięłam sobie za punkt honoru wystartować we wszystkich edycjach tej imprezy.
Od samego początku towarzyszą mi w tym Kasia Konieczka i Robert Wróblewski, chociaż każde w innym dystansie. Kasia w tym roku wybrała 8,6 km:

„28.07 odbył się IV Industrialny Rudzki Półmaraton oraz bieg towarzyszący na odległość jak się na mecie okazało 8,6 km. Ponieważ w Rudzie biegamy od pierwszego zorganizowanego biegu to i teraz nie mogło nas zabraknąć. Robert wybrał dystans półmaratonu, ja natomiast drugi krótszy dystans i po czasie stwierdzam, że to był dobry wybór. Trasa została zmieniona, czyli miałam do pokonania dwa okrążenia po 4,3 km. Nic strasznego pomyślicie, bo ja też się cieszyłam, dopóki przed biegiem nie uświadomiono mnie o licznych podbiegach. Pomyślałam, co tam, nie takie trasy się pokonywało. Oprócz mnie ten sam dystans wybrała Justyna Słota, czyli Matka w biegu. No to start i biegniemy przez stadion, i w lewo a tam góra się ciągnie i ciągnie, później druga i trzecia do stadionu, i tak razy dwa. Stwierdzam, że to był bieg górski jak nic. Było fantastycznie, za rok znów tam wrócę i polecam ten bieg. No i serdecznie gratuluję wszystkim półmaratończykom, bo to był niezły wyczyn.” K. Konieczka

A no właśnie – „trasa została zmieniona…” Założenia półmaratonu industrialnego były takie, żeby pokazać biegaczom najciekawsze zakątki i obiekty naszego miasta. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do teraz. Biegaliśmy 5 pętli po 4,3 km, jak chomiki w klatce. Tak to skomentował nasz kolega Janek:

„Zawodnicy po 2 pętlach nie wiedzieli gdzie jest meta i błądzili wokół stadionu. Później August wziął mikrofon i kierował biegaczy i kijkarzy. I niestety były korekty wśród biegaczy na dystansie 8,6 km. Ten start i to bieganie, co pętla wokół stadionu 5 razy to było jakieś niefortunne wg mnie. To tyle ode mnie, jako kibica!!!”

Wspomniane przez Janka wydarzenie skutkowało dwoma pierwszymi miejscami ex aequo. Jeśli zaś chodzi o mnie, to miałam ogromną przyjemność biec przez przeszło dwie godziny z dwiema jakże wspaniałymi koleżankami z grupy: Beatą Filipiak i Dorotą Mrachacz. Wiecie jak ważne są pogaduchy wśród dawno niewidzialnych kumpeli, więc miałyśmy okazję nadrobić zaległości poznając po drodze wielu wspaniałych ludzi- pozdrowienia dla Terminatora. Już na pierwszej pętli minął nas Piotr Mrachacz, który po 4 km był 3-ci. W rezultacie ukończył 8,6 km na miejscu siódmym. Nie było kategorii wiekowej na tym dystansie, lecz gdybym była niechybnie byłby pierwszy na pudle. Po biegu były pyszności i przyjemności. Ten bieg słynął również z dużej ilości sponsorów, jednakże w tym roku ich zabrakło, toteż do rozlosowania było zaledwie 10 zegarków Polar.
Podsumowując: liczę na zmianę trasy w przyszłym roku (mniej pętli), na towarzystwo moich niezłomnych koleżanek (Beata zrobiła półmaraton z okropnymi odciskami na stopach, niech komentarzem będą jej słowa: „Hirek mnie zabije!!” oraz na wyższą frekwencję, bo niestety w tym roku szału nie było!

Relację przygotowała Edzia.

II Nocna Dycha i Półmaraton w Piekarach Śląskich

II Nocna Dycha i Półmaraton w Piekarach Śląskich przywitały nas na stadionie MOSiRu ciepłym deszczem, tęczą i pięknym zachodem słońca. Przyjechaliśmy w małych grupach, więc po krótkim przywitaniu z resztą Pomarańczek i kilku tradycyjnych selfie, ustawiliśmy się w dłuuugiej kolejce po odbiór pakietów. Czasu było jeszcze sporo, wypełniliśmy go, aż do świetnej rozgrzewki tym, co wychodzi nam najlepiej, czyli pozowaniem do zdjęć . Tuż przed 21.00 udaliśmy się w okolice bramy startowej i… zaczęło się! Najpierw wystartował półmaraton, chwilę później – dycha. Pierwsze kilometry trasy prowadziły wśród zabudowań i głośno kibicujących mieszkańców, a chwilę po zapadnięciu zmroku trasa biegła przez las, gdzie drogę oświetlały długie światła rozstawionych w strategicznych punktach samochodów. Trzeba przyznać, że miało to swój urok. Był to równocześnie odcinek, gdzie biegacze z Dychy zostali zdublowani przez czołówkę półmaratonu, a niektórzy (np. ja) wyprzedzeni przez najlepszych zawodników z kijkami. Na 6 kilometrze powitała nas już z daleka widoczna, pomarańczowa brama MGB wraz z niezmordowanymi kibicami. Kolejne banany i woda, bo tuż za rogiem czekał punkt kulminacyjny – wielki podbieg do Kopca Powstańców Śląskich! Dobrze oświetlona, szeroka droga pełna mijających się na nawrotce biegaczy i w oddali majestatyczne wzgórze – to niezapomniany widok. Oprócz niewątpliwego uroku, podbieg przy Kopcu miał też inną zaletę – po nawrotce stawał się ekspresową drogą w dół, wprost do mety, no może nie całkiem, bo po przekroczeniu 10 km zostało jeszcze do pokonania 800m pod górkę . A na mecie imienne powitanie, medal i pyszny posiłek regeneracyjny, jeden z trzech do wyboru. Myślę, że nie tylko ja będę wspominać ten bieg z dużą dozą sympatii. Na całej trasie, mimo późnej pory, biegaczy dopingowali kibice, było dużo punktów odżywczych i wody, a nawet kurtyny wodne. Organizatorom należą się też brawa za zabezpieczenie i oznaczenie trasy oraz pomoc osób kierujących ruchem w miejscu, gdzie krzyżowały się drogi półmaratonu i dychy. Ja na pewno wrócę jeszcze do Piekar!

Relacjonowała: Jadwiga Krochmalska

Pierwsze podium Janusza !!!

1 lipca 2018 r. odbył się Bieg Nowej Wsi na dystansie 5 km. Trasa przebiegała ulicą Zawadzkiego i można ją podzielić na 3 etapy. Start i 1.5 km z górki, później nawrót i mordercze 2.5 km pod górę oraz końcowy kilometr do mety. W ubiegłym roku również brałem udział w biegu na tej trasie, lecz nie byłem świadomy, że to tak wyczerpujący bieg i postanowiłem wtedy, że już nigdy więcej nie pobiegnę w Nowej Wsi. W sobotę przed zawodami czułem niepokój, nogi obolałe po ostatnich mocnych treningach na bieżni, brak cotygodniowego dłuższego sobotniego wybiegania ( trzeba było zejść z kilometrażem w tygodniu startowym), mimo wszystko biorąc pod uwagę dobrą atmosferę około biegową sprzed roku i znajomych, którzy się zapisali jednak postanowiłem pojechać. Już w samochodzie gorąca atmosfera. Szlabanowcy, którzy lubią górki pełni energii omawiali teoretycznie trasę biegu, natomiast jadąc drogą Zawadzkiego w kierunku biura zawodów i widząc co nas czeka, czyli niekończący się podbieg, to emocje opadły. Po poprzednich trzech startach w upałach powyżej 30 stopni, tym razem pogoda była przyjazna dla biegaczy, choć trochę wiało. Po przywitaniu i odebraniu pakietów, poszliśmy na spacer pod górę, żeby poczuć choć trochę trasę. Później 3 km rozgrzewki i wyczekiwanie w doborowym towarzystwie przed startem. Ostatnie kopniaki mocy i oczekiwanie na linii startu, który się przedłużał. Już nie było odwrotu. Po szybkim starcie pierwszy kilometr zachowawczo tempem 3.46, wielu zawodników na tym etapie trasy „poszło na maksa”. Strategia była prosta, jeśli na razie nie jestem w stanie wyprzedzić wszystkich mężczyzn to przynajmniej wyprzedzę pierwszą kobietę. Po pierwszym nawrocie była przede mną ok. 200 m. Minął kolejny kilometr biegu już pod górę, o dziwo okazało się że wyprzedzam rywali na trasie i biegnie się w miarę dobrze. Na wysokości startu było delikatne wypłaszczenie a energia kibiców dodała otuchy do dalszej walki. W myślach: „jeszcze tylko kilometr pod górę i szybko do mety”. Im wyżej tym lepsze było uczucie wyprzedzając kolejne osoby, które za szybko zaczęły. Kolejny nawrót i już wiedziałem, że najgorsze za mną. Na ostatnim kilometrze wyprzedziłem najlepszą dziewczynę i pognałem ile sił w nogach wyprzedzając na zbiegu kolejnych zawodników. Biegnąc z góry przyglądałem się minom biegaczy, którzy jeszcze biegli pod górę, widać było wielką walkę i zmęczenie trasą. Zresztą, gdy czołówka zbiegała przede mną, wyglądali podobnie. Ostatnie 200 m ściganie się „na maksa” i upragniona meta, medal, gratulacje biegaczom. Pyszny makaron z mięsem i oczekiwanie na wyniki oficjalne. I tu niespodzianka – moje 3 miejsce w kategorii wiekowej, Becia – 1 w kategorii wiekowej, Piotrek i Giczu na 1 i 2 miejscu w kategorii. Najszybszy z całej drużyny, choć niestety poza podium był Arek Orzechowski. To między innymi jego start zdecydował, że okazaliśmy się najszybszą drużyną zawodów. Drużynowo, jak przed rokiem – MGB na pierwszym miejscu! Pod 2 latach i 3 miesiącach od pierwszych treningów na świeżym powietrzu pierwsze podium sprawiło mi ogromną radość i uczucie satysfakcji.
Relacja: Janusz Halczok
Zdjęcia: Adam Nowak, Bieg Nowej Wsi

Triathlon Opole

W dniu 24.06.2018 r. odbyła się 1-wsza impreza Triathlonowa w Opolu. Zawodnicy startowali na 2 dystansach 1/8 i ¼ Ironmana. Na dystansie ¼ IM, czyli 0,95 km pływania, 45 km jazdy na rowerze oraz 10,55 km biegu, wystartowali w tym dniu Przemysław Rubiński oraz debiutujący w zawodach tego typu Piotr Maryniak. Jak wyglądał start zrelacjonuje Piotr Maryniak.

Od początku: po obejrzeniu filmu „Najlepszy”- biograficzny film opisujący losy Jerzego Górskiego, który zdobył tytuł Mistrza na dystansie podwójnego Ironmana, pojawiła się u mnie myśl żeby spróbować wystartować w tego typu zawodach. Szybko jednak rozsądek podpowiedział: „gdzie ty z twoim pływaniem będziesz się pchał na głęboką wodę”, „nie masz odpowiedniego roweru”, „odpuść sobie”, ale po zgadaniu się przypadkowo z Rubinem, który przekonał mnie „Pyjter spokojnie – pływanie możesz zrobić żabką, rower ten, który masz spokojnie wystarczy, biegać – biegasz” postanowiłem zapisać się i wystartować. Na całe szczęście Rubin brał już udział kilka razy w tego typu zawodach, ma spore doświadczenie, świetnie pływa świetnie, jeździ na rowerze – wszystko mi opowiedział jak będzie to wyglądać, „sprzedał mi sporo knifów – jeśli chodzi o jazdę na rowerze, wykonaliśmy wspólnie kilka treningów tzw. zakładek, w końcu załatwił mi piankę na start w zawodach. Lepszego kompana na debiut w triathlonie nie mogłem sobie wymarzyć. Za to Rubin w tym miejscu ogromne dzięki  🙂
Dzień startu: dotarliśmy do Opola odpowiednio wcześniej żeby odebrać pakiety startowe zostawić odzież, buty, rower w strefie zmian – wreszcie zobaczyłem jak taka strefa zmian wygląda – i pojawiło się zwątpienie. Większość rowerów była już wstawiona do strefy zmian i większość z nich to były profesjonalne rowery z cienkimi oponami, lekkie, z lekkich stopów – typowo szosowe. Podłamany tym widokiem w nadziei zacząłem rozglądać się i szukać wzrokiem rowerów podobnych do mojego (typowo turystyczny rower, trekingowy) – na 500 uczestników naliczyłem może z 5-10 górali i podobnych tego typu jednośladów i pomyślałem zajefajnie – zagadałem do Rubina, a on do mnie ze stoickim spokojem „Pyjter spokojnie”. Zaczynamy ubierać pianki, idziemy na odprawę techniczną i wreszcie przechodzimy na miejsce startu w pierwszej konkurencji – pływanie. Tłum zawodników kotłuje się na brzegu w kolejce prowadzącej w dół do Odry – mój stres i zdenerwowanie sięga zenitu do tego stopnia, że mówię do Rubina „chyba się wycofam, żeby się nie utopić w tym młynie”, na co Rubin zadecydował, że schodzimy z brzegu powoli w dół, wchodzimy do wody i „ustawiamy” się z tyłu stawki. Wreszcie startujemy, zgodnie z zaleceniami Rubina płynę spokojnie swoim tempem pamiętając, że są jeszcze dwie konkurencje. Mamy opłynąć 4 boje rozciągnięte na wodzie w kształcie prostokąta. Płynę żabką, ku mojemu miłemu zaskoczeniu nie jestem sam –sporo osób pokonuje dystans podobnie jak ja, część osób stylem grzbietowym i zdecydowana większość kraulem. W wodzie totalny „młyn” – wszyscy przy omijanu boji starają się to robić najbliżej ich jak to możliwe – co powoduje, że co chwilę czuję czyjąś nogę na swojej twarzy lub innych okolicach. Sam też, co chwila kogoś trącam płynąc. Co chwilę myślę, kiedy to się w końcu skończy? Wreszcie zaliczam 2 pętle i docieram do brzegu – patrzę do tyłu i myślę nie jest źle nie jestem ostatni sporo osób jest jeszcze za mną w wodzie. Po wyjściu z wody znane mi już uczucie zawrotów głowy – tak organizm reaguje po wyjściu z wody po wysiłku i próbie biegu. Biegnę około 300-400 metrów do strefy zmian i w drodze ściągam piankę. Wokół tłum kibiców po obu stronach ścieżki dopinguje nas. W strefie zmian szybko wycieram stopy, wkładam kask rowerowy, buty biegowe, ściągam rower z uchwytu (dopiero w kasku mogę dotknąć roweru) i zaczynam biec z rowerem obok. Ktoś krzyczy „numer startowy, numer startowy”. Wracam po pas z numerem i kontynuuje bieg. Biegnę kolejne 300-400 metrów do linii gdzie stoi sędzina – od tego momentu można wsiąść na rower. Zaczynam mocno jechać. Stres mija już zupełnie – myślę „najgorsze mam za sobą”. Do przejechania mamy 2 pętle po 22,5 km. Mocno cisnę do tego stopnia, że wyprzedzam sporo osób na znacznie lepszych rowerach. Pierwsza pętla do nawrotki jest z wiatrem – jedzie mi się rewelacyjnie. Po drodze mijam Rubina, który jest daleko przede mną. Gęba mi się cieszy jak słyszę Rubina :” Dobrze Pyjter dajesz, dajesz”. Wreszcie nawrotka i jedziemy z powrotem – tym razem pod wiatr – jest naprawdę ciężko. Tym razem mnie mija sporo osób. Teraz dopiero widać różnicę w sprzęcie. Ja na swoim rowerze mam pozycję pionową, pod wiatr walczę bardziej. Ci na szosowych z barankami, czy lemondkami mają zupełnie inną pozycję, znacznie bardziej aerodynamiczną i łatwiej i szybciej im się jedzie pod wiatr. Niewiele pomaga próba jechania z łokciami opartymi na kierownicy. Patrzę na zegarek – zaczyna mi się dłużyć – a to dopiero 30 km. W końcu zostaje mi końcówka 2 petli pod wiatr. Pogoda nie rozpuszcza tego dnia. Na końcówce myślę: „ku..a dramat” w momencie gdy walczę żeby mnie nie zwiało z roweru i ledwo co pedałuje zaczyna jeszcze lać jak z cebra. Wreszcie docieram. Myślę sobie „jest dobrze, mam jeszcze sporo siły”. Wciągam trzeci żel żeby mocno pobiec i nadgonić. Schodzę z roweru i muszę znów 300-400 metrów biec z rowerem do strefy zmian. Jestem w ciężkim szoku, ponieważ pierwsze kroki przychodzą mi z wielkim trudem – nogi twarde, skostniałe i ciężkie. Mięśnie czworogłowe twarde jak kamień. Później Rubin mówi mi po wszystkim, że najwidoczniej jechałem zbyt siłowo, a za mało kadencją. Biegnę, patrzę na zegarek średnie tempo 5:30 myślę „dramat”, ale nogi mam tak sztywne, że nie daję rady więcej. Dopiero po pięciu km nogi zachowują się normalnie, tak jak zawsze w trakcie treningów. Myślę teraz przyspieszę, ale nic z tego nie udaje się, ponieważ czuję już coraz większe zmęczenie – nie ma już z czego przyspieszyć. Patrzę na wskazanie tętna – jest bardzo wysokie. Myślę sobie „nie dam rady”, ale biegnę dalej, ponieważ wiem, że nie mogę polec na bieganiu. Wreszcie docieram do mety. Nie jestem ostatni, za mną jeszcze sporo zawodników. Rubin w tym dniu wykręca życiówkę na tym dystansie, a ja jak na debiut przyzwoity wynik i kończę grubo poniżej limitu czasu. Wracam do domu, a tam miła niespodzianka – serdeczne powitanie przez Żonkę i Córkę, które z dumą witają swojego Triathlonistę. Dziękuję  :-).
Jedno jest pewna, trzeba realizować swoje marzenia, wierzyć w nie, nie przekreślać swoich szans na początku i nie bać się podejmować ryzyka. Super przygoda – gdybym poprawił technikę kraula i płynął kraulem, zrobił więcej terningów rowerowych i miałbym lepszy sprzęt to mógłbym sporo urwać na wyniku.

Relacjonował: Pyjter Maryniak.

II Bieg Harpagana – Ekstremalna Dolina! 

17 czerwca odbyła się II edycja ekstremalnego Biegu Harpagana w Bytomiu. Do pokonania było 11 km i +30 przeszkód.

Tego dnia chyba mało komu zależało na rywalizacji. Tutaj przede wszystkim liczyła się dobra zabawa! Bo często tak po prostu przychodzi człowiekowi ochota na coś nienormalnego, niecodziennego i szalonego!

Słońce, woda, piasek… Czego chcieć więcej?
Naturalne SPA… Peelingi glonowe, kąpiele w zbiornikach bagiennych i super nowa niespodzianka – zjeżdżalnia wodna wprost do błotka!
Nie zabrakło również ścian, drutu kolczastego, czołgania, wspinania, zjeżdżania na tyłku oraz podbiegów i zbiegów. To wszystko w otoczeniu pięknych terenów Sportowej Doliny.

Co lubię najbardziej w tego typu biegach? To przede wszystkim powrót do dzieciństwa i beztroski. Kolejnym aspektem jest wzajemna współpraca. Stanowimy jeden team. Jeden pomoże tutaj, a drugi gdzieś indziej. Tu podłoży ręce, tam użyczy ramienia, podsadzi, wciągnie czy wspomoże swoją siłą. Każdy da radę i nikogo nie zostawimy.
Nasi kibice również nie zawiedli. Doping, woda, kostki lodu – oj, przydały się!  🙂

Podsumowując – dużo śmiechu, frajdy, ale i trudniejsze momenty, pokonywanie słabości, troszkę obtarć, bólu i siniaków. Kolejna przygoda za nami. Dzięki niej jesteśmy jeszcze silniejsi! Jesteśmy HARPAGANAMI!

Relacja: Kamila Gadawska
Zdjęcia: Magdalena Burek

1 2 3 4 5 38