I Charytatywny Bieg Pomagamy Durś

Jak z deszczowej i zimnej październikowej niedzieli zrobić gorący i radosny dzień? My wybraliśmy się do Piekar Śląskich na bieg charytatywny organizowany przez zaprzyjaźnioną z nami grupę „Lecymy Durś”. Na taki sam pomysł wpadło prawie 400 biegaczy, by pomóc uzbierać środki na wyposażenie mieszkań podopiecznych Stowarzyszenia WTZ.
W Piekarach zastała nas atmosfera, jaką najbardziej lubimy – kameralny bieg, na którym prawie wszyscy się znają, nieustająco komentujący Zenon Nowakowski, dużo koszulek charakterystycznych dla lokalnych grup biegowych i wzorowa organizacja  🙂 Na mecie czekały przepyszne pączki a chwilę dalej – gorący żurek. Bawiliśmy się świetnie! Od rozgrzewki po samo zakończenie. Gratulujemy wspaniałych partnerów, przede wszystkim świetnej „pary prezydenckiej”, która dziś była takimi samymi biegaczami jak każdy z nas. Trasa była bardzo przyjemna, trochę asfaltu, trochę błota – dwa kółeczka szybko minęły a jedno – jak mrugnięcie oka  🙂 Wszystko za sprawą kibiców, fotografów, wolontariuszy i radosnych, wyluzowanych biegaczy. Cieszy nas ogromnie sukces naszych biegaczy – w pierwszej 10-tce znaleźli się: Piotr Mrachacz (który tradycyjnie nie miał sobie równych i został niekwestionowanym zwycięzcą tego biegu), Wojciech Nowacki (również tradycyjnie, choć pechowo – czwarty) i Janusz Halczok (to taki harpagan co za dużo biega).
Lecymy Durś! Widzimy się na II Biegu Charytatywnym Pomagamy Durś (oczywiście wcześniej na trasach biegowych gdziekolwiek na Śląsku, w Polsce, Europie… na Świecie). DZIĘKUJEMY!!!
fot. Katarzyna Marondel, Piotr Chrobok, Tomasz Witkowski

Biegi Liska i Wiewiórki! 

Biegi dla dzieci w ramach V Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki. 7 października 2017 r. najmłodsze pokolenie MGB – Alicja i Daniel Nowiccy wystartowali w Biegu Liska i Biegu Wiewiórki, które odbywały się w Cisnej. Pakiety odebraliśmy pół godziny przed startem i dzieci ruszyły zapoznać się z trasą  Pierwszy bieg – Bieg Liska w którym startował Daniel to dystans 100 m dla rocznika 2014-2015. Dzieci ustawiły się na starcie i uśmiechnięte ruszyły o godzinie 14.00 w stronę mety. Daniel zadowolony dobiegł na metę jako drugi i otrzymał medal. Drugi bieg – Bieg Wiewiórki w którym startowała Alicja to 200 m dla rocznika 2012-2013. Przed biegiem dzieci wzięły udział we wspólnej rozgrzewce. Po chwili maluchy wystartowały i po kilku minutach wszystkie były na mecie. Alicja zadowolona opowiada o biegu do dnia dzisiejszego  Każde dziecko otrzymało pamiątkowy medal i soczek 

Relacja: zadowolona mama Alicji i Daniela – Angelika Filipiak

„Rodzicu to od Ciebie zależy – jaką pasją zarazisz swoje dzieci! Wybierz mądrze!”

Półmaraton w ramach PKO Silesia Marathon 2017!

Idealny wybór na debiut. Od początku roku chciałam zmierzyć się z dystansem 21 km i w sierpniu zdecydowałam, że wbiegnę na metę nowo otwartego Stadionu Śląskiego  🙂 W końcu nadszedł ten dzień, a ja z ogromnym stresem i radością wyczekiwałam godziny 10.30 i mojego startu. Wszyscy ustawieni za balonikami w swoich strefach czasowych ruszyliśmy i podziwialiśmy ulice Katowic. Pierwsze kilometry szły bardzo dobrze, ludzie wkoło uśmiechnięci bili brawo i życzyli nam powodzenia. Wiedziałam, że nasza niezawodna grupa będzie nas dopingować za 5 km, ale było ich słychać już od 4 km co dodawało większego powera. Uradowana biegłam pomiędzy pomarańczowymi pomocnikami i przybijałam piąteczki mocy. Kolejne kilometry mijały, na trasie spotykałam różne grupy biegowe, które dodawały mocy na następne kilometry. Spotkałam też naszych maratończyków Jacka i Dawida, którzy dodali otuchy i życzyli powodzenia. Dobiegając do 18 km dołączył do mnie Bogdan, który pomógł trzymać tempo na ostatnie męczące 3 km. Gdy zostało już 0,5 km przybił mi ostatnią piąteczkę mocy i ruszyłam na stadion. Niesamowite emocje, nogi same poruszały się na bieżni. Dopingujący przyjaciele krzyczeli moje imię i bili brawo dodając ogromnego powera  🙂 a ja jak we śnie kończyłam swój pierwszy półmaraton. Jest linia mety, czas 2h 30min. Dziękuję całej pomarańczowej grupie za tak wspaniały doping oraz innym grupom biegowym za wsparcie na trasie. Najbardziej cieszy mnie to, że moja rodzina przeżywała to razem ze mną i na trybunach czekali na mnie rodzice, chłopak, dzieci i przyjaciele. Wspaniała atmosfera i cudowne przeżycie.

Relacja: Angelika Filipiak

35. PKO Wrocław Maraton

Gdy niespełna rok temu debiutowałam na dystansie 42 km z kawałkiem towarzyszyły mi uczucia ekscytacji i radości. Inaczej rzecz się miała na linii startu 35 Wrocław Maratonu. Tego dnia dominowały strach i wątpliwości. Te drugie dotyczyły odpowiedzi na pytanie: czy powinnam wystartować bez przygotowania i odpowiedniego treningu? Odpowiedź dostałam lekko ponad dwie godziny od startu… ale po kolei.
Nasza grupa startowała tego dnia w czworo. Niemal każdy miał na ten bieg jakiś plan: Arek Gorczycki jak zawsze ambitnie zamierzał dobiec do mety dużo poniżej 4 h, Edzia planowała zbliżyć się do swojego pierwszego czasu na tym dystansie, Radek Poźniak chciał po prostu pięknie zadebiutować, a Robert Wojtasiński bez jakiejkolwiek spiny dobiec do mety zmieściwszy się w czasie. Dla niego właśnie ten dzień był szczególnie ważny, bo wieńczył ponad roczne starania o Koronę Maratonów Polskich.
Pogodę mieliśmy zamówioną 🙂 idealne 20 stopni, a dookoła było jak zwykle mnóstwo zaprzyjaźnionych grup biegowych. Czekała nas dodatkowa niespodzianka, bo przyjechała pokibicować Ania, żona Arka. Pozostali bawili się tego dnia w Krynicy. Na linię startu każdy z nas udał się oddzielnie, gdyż zaczynaliśmy biec z trzech różnych stref.
I słyszę „Start”. Zakładam słuchawki na uszy i w swoim świecie pokonuje pierwszych 15 km w tempie poniżej 6.0. Słyszę dźwięk sms – a, myślę „aha, mąż ogląda relację na żywo, pewnie pisze, że za szybko zaczęłam”. Jak się okazało zgadłam. Zwalniam. Mijam 16, 17, 18, 19 km. I cóż się dzieje…? SKURCZ!! A szprycuję się regularnie magnezem i żelami energetycznymi!! Ale to nie był koniec niemiłych niespodzianek. Każdy kolejny km sprawiał mi ból. Bolały mnie biodra, bolały kolana, kostki no i stopy. Gdzieś w okolicach 25 km spotkałam Radka, który borykał się z tymi samymi kłopotami co ja. I tylko słyszę „nie dam rady”. Biegnący obok zawodnicy pocieszają nas mówiąc, że teraz to i szybkim marszem zmieścimy się w czasie. Ale próbujemy na przemian maszerować i truchtać. Pomyślałam, że jeśli jednak przyśpieszę prędzej będę miała tę katorgę za sobą. Zostawiam Radka wierząc, że teraz już się nie podda. Lecz od czasu do czasu muszę przystanąć i rozciągnąć przykurczone mięśnie. 35, 36, 37 km – mam łzy w oczach z bólu, 38 km – myślę sobie, że po każdym zrywie do biegu nogi pieką mnie okrutnie. Pada ostateczna decyzja: od 39 km nie zatrzymuję się już wcale. Udaje mi się nawet przyspieszyć. 40 km, 41 km, wbiegałam na stadion. Słyszę doping setki ludzi, wbiegałam na metę i… wyję!! Beczę z ulgi, z radości, żalu nad własną głupotą. Nie odczuwam satysfakcji. W drodze do domu będzie czas na podsumowanie tego biegu, póki co próbuję poradzić sobie z okropnymi skurczami łydek. Kilkanaście minut później na metę wpada Radek. Cieszy się, bo i jest z czego. Zaliczył piękny debiut, chociaż jego twarz wykrzywia grymas bólu. Brakuje jeszcze Roberta. Długo kazał na siebie czekać. Niepokoiłam się, bo komentator zapowiedział 10 minut do końca maratonu. Nagle wpada na metę „czterech wspaniałych”. Nic dziwnego, że mu się nie spieszyło, bo trafił na fajne towarzystwo. Jest w Bytomiu taki chopek, co biega żonglując butelkami, ma na imię Krzysztof. Jemu właśnie towarzyszył Robert wraz z dwoma innymi kolesiami od startu, aż do mety. Świetnie się przy tym bawił. Mało tego – nasz kolejny „Król Maratonów Polskich” wogóle nie wyglądał na zmęczonego. Gratulujemy sobie nawzajem. Szybki posiłek regeneracyjny i wyjazd do domu.
O czym myślałam decydując się na start? Ano łudziłam się, że tak intensywnie ćwicząc różne sporty, walcząc ze sobą na siłowni i dbając o kondycję wyrobiłam sobie jakieś zaplecze by móc przebiec maraton. Zapomniałam tylko o jednym – o BIEGANIU! W przeciągu miesiąca udało mi się pobiegać tylko na bieżni po kilka km co jakiś czas. Żadnego długiego wybiegania. O czym ja do diabła myślałam? Aż cud, że nie zrobiłam sobie krzywdy.

Moi drodzy. Maraton to 42 km do których należy podejść z respektem. Wymaga długich przygotowań i pokory. Nie bez powodu nazywamy go królewskim dystansem. Ale Maratończykiem może zostać każdy, wystarczy tylko trenować. Nic nie zastąpi tego uczucia, gdy kończysz 42 km i słyszysz „… a na metę wbiega właśnie kolejny maratończyk…” TYLKO Z GŁOWĄ KOCHANI, TYLKO Z GŁOWĄ!!

Relacja: Edzia

VI Tyski Półmaraton!

Dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie… Prognoza pogody już od paru dni zapowiadała niższą niż dotychczas temperaturę (to akurat dobrze) oraz opady deszczu – źle. Było tylko kwestią czy będzie padać od rana, czy zacznie w trakcie biegu. No i jeszcze czy będzie to lekka mżawka, czy tzw. zlewa totalna – zastanawiał się przed startem Jacek Chuchla.
Podobne rozterki pogodowe miała Kasia Konieczka i Robert Wróblewski: Jakiś czas temu ambitnie sądząc, że zaczniemy regularne treningi zapisaliśmy się na półmaraton tyski. Początkowo byliśmy zadowoleni, pakiet wypasiony, profil trasy super, tylko biegać jakoś się nie chciało 🙂 pogoda nie rozpieszczała, obawialiśmy się, że będzie lało, ale stajemy na starcie. Zgodnie ustaliliśmy, że pobiegniemy zupełnie na końcu, gdyż jesteśmy nieprzygotowani na ten dystans.
Nie chce mi się wstać, ale przecież wiem, że muszę. Do wykonania cała „procedura przedstartowa”, którą trzeba jeszcze przetrawić. Bieg, co prawda, zaczyna się o 12:30 tak więc wcześniej zjeść coś trzeba.
Nie bardzo mi się chce, ale trudno, jedziemy, kiedyś musi być ten pierwszy bieg w deszczu 😉
Na miejscu wszystko jak to na biegach – biuro zawodów, pakiet z tzw. makulaturą, z której wyławiam tylko kupon na posiłek regeneracyjny, reszta standardowo ląduje w koszu aczkolwiek nie od razu tylko po wnikliwym przejrzeniu tejże makulatury. Są jakieś kupony rabatowe, no ale nie będę przecież jeździł do Tychów na masaże czy na basen. Przebieram się, wciągam połówkę mleka w tubie, banana, popijam to wszystko kawą i tak naładowany lecę zrobić jakąś rozgrzewkę – dodaje Jacek Chuchla.
Wystrzał i startujemy. O dziwo biegnie się bardzo dobrze, jest chłodno, deszcz nie pada, Robert przyspiesza, ja staram się biec wolno równym tempem powtarzając w głowie, że to trening przed startem w Krynicy 🙂 Trasa biegnie ulicami miasta Tychy, przez wiele rond miejskich z licznymi nawrotami, następnie wbiegamy na teren jeziora Paprocany. I tu miałam wrażenie, że okrążamy to jezioro co najmniej dwukrotnie – wspomina Kasia.
Jacek dodaje: Już na 1-wszym kilometrze nawrotka o 180 stopni, co nie dość że spowalnia, wybija z rytmu to jeszcze jest dla mnie (chyba dla wszystkich) strasznie odczuwalne w stawach skokowych. No nie lubię takich nawrotek i już. Jak się okaże, takich nawrotek będzie chyba ze 4 albo 5. Pierwsza część trasy, gdzieś do 12 km, jest asfaltowa, później odcinek trochę po kostce brukowej i trochę szutrowy wokół Jeziora Paprocańskiego, końcówka to znowu asfalt.
Po starcie, gdy już wybiegliśmy sprzed Hali Sportowej na ulice Tychów zerkam na zegarek i nieco przerażony, bo zegarek pokazuje, że biegnę tylko nieco pow. 4 min/km, zwalniam, bo to nie moje tempo. Euforia startowa i chęć wyrwania się z tłumu wzięła jak zwykle górę na rozsądkiem. Pierwszy kilometr „wchodzi” w 4:14 więc to również za szybko. Luzuję więc w dalszym ciągu. Kolejne kilometry w 4:20 i 4:30. Biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu stwierdzam, że to już jest właściwe tempo na dziś. Postaram się „lecieć” lekko poniżej 4:30 i jak będzie dobrze to przycisnąć w drugiej części, a jak nie to bronić czasu 1:35.
Po kolejnej nawrotce, gdzieś ok. 5 km mijam się z Robertem i za chwile z Kasią. Wymieniamy uśmiechy i gesty, które choć tak drobne to tak wiele znaczą 🙂
Pojawia się myśl, że „kiedy jak nie teraz”…. Ok, jeśli postaram się utrzymać wszystkie kilometry poniżej 4:30 to mając tę nadwyżkę z 1-go kilometra + mam nadzieję, że depnę mocno ostatni kilometr to jest szansa na życiówkę.
Jak się później okaże nie będzie to takie oczywiste, bo o ile część asfaltową biegło się w miarę OK (co w moim przypadku znaczy dobrze 😉 ) gdzie starałem się skupić na tym by biec ekonomicznie, niewielkim, jak najmniejszym nakładem sił. Lubię w biegu znaleźć sobie „obiekt”, który wydaje mi się, że biegnie dobrze technicznie, ładnie, luźno… i przykleić się do niego. No i mam takich dwoje – ona biegnie kiepsko, bo drobi jak gejsza, ale biegnący z nią chłopak biegnie luźno, długim swobodnym krokiem. Widać, a właściwie słychać, że z dużym zapasem, bo swobodnie rozmawia. Niestety za jakiś czas okazuje się, że ja biegnę szybciej bo kolejne kilometry wchodzą w tempie bliżej 4:20 niż 4:30. Ale i tak okazało się, że skręcają w trasę na „dychę” więc nie będzie z nich pożytku.
Niestety szutrowe kilometry wokół jeziora obnażyły moją słabość. Tempo lekko „siadło” a w dodatku przyczepił się do mnie, a w zasadzie chyba ja doszedłem jakiegoś kolesia, który sapał jak lokomotywa. Wisiał mi tak na plecach jakieś 2-3 metry za mną i sapał. Prawie że warczał. Grrrrr……. :/
Może to ja stałem się dla niego takim obiektem, który go ciągnął. Za cholerę nie mogłem się od niego uwolnić a nie chciałem też robić jakiegoś zrywu, bo takie pomysły najczęściej mają kiepski finał. Niestety kilometry 15-ty i 16-ty to najgorsze moje kilometry w tym biegu. Czasy 4:38 i 4:35 przywołały mi w pamięci Półmaraton w Dąbrowie gdzie mocy wystarczyło do 11-go kilometra. Tutaj niby lepiej, bo powiedzmy, że 14 kilometrów zrobiłem w przyzwoitym tempie więc postęp jakby jest. No ale nie o taki postęp chodziło… :/
O dziwo 17-ty kilometr wszedł jakby lepiej, w dodatku zamiast gościa „lokomotywy” słyszę za sobą normalne odgłosy kroków biegowych. Pomyślałem, że jak dotrwam tak do 18-go kilometra to potem już tylko 2 kilometry a ostatni „zbiorę się w sobie” i „pójdę w trupa”.
Kasia również wspomina 17 km: Nogi słabną, ale się nie poddaje, próbuję przejść do marszu, aby dać odpocząć zbolałym nogom, ale nie mogę, więc zwalniam i biegnę dalej 🙂 Zaczyna lekko padać, wybiegam na asfalt, wiem że już bardzo blisko, słyszę doping ludzi 🙂
Jacek biegnie dalej: 18-ty, 19-ty km wchodzą równo i co ważne poniżej 4:30, chociaż ten ostatni był lekko z górki więc sądziłem, że będzie lepiej, no ale jest jak jest. Tak jak postanowiłem trzymam do 20-go a potem nie ma zmiłuj – idę mocno. Mija 20-ty kilometr, nawet nie pamiętam czy kontrolowałem ten międzyczas bo już widzę zakręt w prawo gdzie zaczyna się podbieg… No to do roboty, chłopie!!!
Za zakrętem widzę, że stoi Bartek i wyciąga telefon… czyli będzie filmoteka? Tym bardziej trzeba dać z siebie wszystko. Cisnę więc ile wlezie do końca górki, w łydkach czuję już niepokojące napięcie, ale wiem, że dam radę. Wyprzedzam dwóch albo trzech, którzy byli jeszcze przede mną. Koniec podbiegu, zakręt w lewo, jest wypłaszczenie – to tu robiłem przebieżki z Kenijczykami…Teraz tylko zakręt w prawo, zbieg w kierunku mety i zostanie ostatnia finiszowa prosta do mety. Idę ją całą na maksa!! I chyba było na maksa, bo na końcówce zegarek zanotował tempo w okolicy 3:30.
Żeby nie było wtopy stopuję zegarek dopiero za drugą matą pomiarową i chyba wtedy nawet nie zarejestrowałem jaki jest ten czas… Ujechany byłem totalnie więc z przyjemnością padłem na dwa kolana i klęczałem tak przez dobrą chwilę.
Nie wiem teraz w którym momencie spojrzałem w końcu na ten zegarek a tam… 1:32:58, co oznacza poprawioną życiówkę o prawie minutę! Poprawienie jej zajęło mi grubo ponad rok (poprzednia jest z Marzanny 2016). No cóż… cierpliwość jest wskazana w tym sporcie 😉
Kasia również dobiega do mety: Jeszcze tylko 2 km i meta, w oddali widzę znajome twarze, to Bartek i Robert, zrzucam plecak i pędzę do mety, a tam piękny medal, woda, piwko i pyszne jedzonko z Karczmy Tatrzańskiej w Kobiórze 🙂
Czy poleciłbym udział w tej imprezie?
Na pewno tak, bo impreza jest dobrze przygotowana, opłaty startowe nie są wygórowane, jest możliwość skonfigurowania pakietu startowego (z koszulką lub bez koszulki), im bliżej imprezy tym więcej informacji otrzymuje się za pośrednictwem mediów społecznościowych. Na miejscu również wszystko OK. Trzeba mieć jednak świadomość co do przebiegu trasy, że nie jest ona jednolita. Warto też zarezerwować sobie więcej czasu – wydawałoby się, że Tychy to dość blisko i wyjazd da się opędzić w 3-4 godziny a w sumie od wyjazdu do powrotu wyszło nam 9 godz.!!
Aha…. Jeszcze jedna rzecz… STREFY KIBICA!
Były chyba 4 świetne strefy kibica, głośno dopingujące wszystkich biegaczy. Najbardziej utkwiła mi w pamięci strefa FAST FOOD, w której to dziewczyny przebrane za piguły podawały zastrzyki energii 🙂 – podsumowuje Jacek.
Kasia dodaje: Bieg zorganizowany na bardzo wysokim poziomie, trasa atrakcyjna, wiele stref kibiców, a także masa kibicujących mieszkańców miasta oraz wiele nagród do wylosowania po biegu 🙂

1 2 3 36